czwartek, 2 marca 2017

II

 Pytania i odpowiedzi

Marina już wiele razy odwiedzała gabinet mistrzyni Ceiry, ale za każdym razem zaskakiwało ją, jak bardzo różni się on od wyglądu zewnętrznego kobiety.
Był duży, przestronny i jasny. Kamienne ściany pomalowano na perłową biel, dodatkowo optycznie powiększającą pomieszczenie, do którego przez wysokie okna wpadało światło poranka - ciepłe i przyjazne. Na samym środku znajdowało się sporych rozmiarów biurko z dębowego drewna, zdające się jednocześnie ciężkie i masywne oraz, dzięki bogatym rzeźbieniom, delikatne i kruche. Za nim, tyłem do okien, stało wysokie krzesło, pasujące do niego, obite delikatnym złotym materiałem. Dwa kolejne, już nieco mniejsze i bardziej skromne, ustawiono naprzeciwko.
Całą jedną ścianę, na lewo od wejścia, zajmowały półki i regały, wypełnione książkami. Ilekroć Marina miała okazję na nie popatrzeć wzdychała lekko, widząc taką ich różnorodność. Niektóre mogły mieć setki lat, ale dzięki magii nadal pozostawały równie piękne, co w dniu ich napisania. Dziewczyna musiała się powstrzymywać, by nie wziąć którejś do ręki - mistrzyni Ceira nikomu nie zezwalała na pożyczanie jakiegokolwiek z woluminów, nawet jeżeli było to jedynie najnowsze wydanie Harry'ego Pottera.
Nie stanowiło dla nikogo w Akademii tajemnicy, że Marina kocha książki.
W ścianie naprzeciwko zamontowano sporych rozmiarów kominek, w którym pomimo wczesnej pory wesoło trzaskał czerwony ogień. Nad nim wisiał ogromny obraz przedstawiający wspaniałego, smukłego smoka o czarnych łuskach, lecącego przez chmury - namalowała go sama mistrzyni Ceira, gdy jeszcze uczyła się w Akademii. Był to jej smok z gatunku królewski szponiasty, o imieniu Cień.
Był to jedyny taki smok w całej Akademii. Królewskie rzadko miały czarną barwę łusek, a w takich wypadkach budziły ogromny strach. Według legend czarne królewskie były zwiastunami śmierci oraz zniszczenia. Ich pojawienie się odbierano, jako bardzo zły omen. Dlatego też tak bano się mistrzyni Ceiry, jedynego znanego Jeźdźca czarnego królewskiego.
Marina wzdrygnęła się lekko i odwróciła wzrok od obrazu, by skupić się na swoim kuzynie, który stał pośrodku gabinetu rozglądając się wokół z miną wyrażającą absolutną konsternację. Gdy ostatni raz go widziała miał ledwie trzynaście lat i musiała przyznać, że czas zdecydowanie mu służył. Był wysoki, smukły i lekko umięśniony, najwyraźniej w końcu zainteresował się sportem; zawsze uważała, iż ma predyspozycje do koszykówki, jak większość członków ich rodziny. Nadal miał na sobie spodnie od dresu oraz starą koszulkę z logo Metalliki, do tego trampki - pewnie został wyciągnięty z łóżka - a brązowe włosy sterczały mu na wszystkie strony. Okulary trochę się przekrzywiły podczas upadku, ale najwyraźniej nie zamierzał ich poprawiać.
Zdawał się zupełnie opanowany, jakby sytuacja, w której się znalazł była najzupełniej normalna, ale Marina w jego spojrzeniu widziała niepokój, strach, zdenerwowanie; dłonie lekko mu się trzęsły i nerwowo splatał ze sobą palce. Starał się otwarcie nie rozglądać po gabinecie, a przede wszystkim nie patrzeć na mistrzynie Ceirę oraz Sorę - ta ostatnia zajęła miejsce przy drzwiach, niczym srogi, milczący strażnik.
- Może usiądziecie?
Marina oderwała spojrzenie od Horace'a i z powrotem skupiła się na mistrzyni Ceirze, którą usiadła już w swoim fotelu za biurkiem. Dziewczyna skinęła głową, a potem przycupnęła na skraju jednego z dwóch wolnych krzeseł. Horace z pewnym ociąganiem zrobił to samo.
Ceira uśmiechnęła się - miała zadziwiająco ciepły uśmiech, jak na kogoś tak przerażającego.
- Czy chcecie herbaty? - zapytała, patrząc raczej na Horace'a niż Marinę.
Chłopak pokręcił głową. Mistrzyni tylko wzruszyła ramionami.
- To twój wybór, ale ja chętnie się napiję - stwierdziła, sięgając po coś do szuflady biurka. Marina wiedziała, że znajduje się tam mały dzwoneczek, dzięki któremu mogła dać znać kucharzom, iż czegoś od niech potrzebuje.
Jak wiele przedmiotów w Akademii również ten dzwonek był magiczny. Znajomość zaklęć nie należała do najpowszechniejszych umiejętności, mogli się nimi posługiwać jedynie Jeźdźcy, a i to w różnym stopniu. Tylko dla elfów magia stanowiła coś naturalnego, czego nie musieli się uczyć.
Gdy dowiedziała się o ich istnieniu, drugiego dnia po tym, jak została Wybrana przez swoją smoczycę, z początku nie mogła w to uwierzyć. Została wciągnięta do świata fantazji, a nie wierzyła w istnienie elfów - teraz myślała o tym, jakby świat postanowił sobie z niej zażartować. Zmieniła swoje zdanie, kiedy na własne oczy zobaczyła jednego z nich, opiekującego się młodymi smokami w miejscu, nazywanym przez wszystkich Przedszkolem. Mówił do nich w dziwnym, świszcząco-melodyjnym języku, którego nie rozumiała. Później starsi adepci wyjaśnili jej, że to starodawny język elfów, od dawna nie używany, bo niezrozumiały dla kogoś, kto nie ma elfickiej krwi. 
Od tamtego czasu dowiedziała się o elfach wystarczajaco wiele, by pomimo początkowego zafascynowana trzymała się od nich z daleka - nie potrzebowała kłopotów w jakie mogłaby się wplątać, narażając się im.
Drzwi do gabinetu otworzyły się i wszedł przez nie chłopiec, na oko jedenastoletni, niosący niewielką tackę, na której stała porcelanowa filiżanka z parującą herbatą. Marina znała go, miał na imię Jon i jego matka pracowała w kuchni jako piekarka. Oboje pochodzili z Miasta, tak jak większość pracowników Akademii - ich rodziny mieszkały w nim od pokoleń, być może nawet od jego powstania. Według historii oraz wierzeń Jeźdźców, najprawdopodobniej pochodzili od Wybranych, których smoki zmarły, co sprawiło, że inne nigdy nie wybrały ich potomków. Było to naprawdę okropne, Marina nie miała pojęcia jak muszą się czuć, mieszkając tak blisko smoków i nie mogąc się z nimi Wiązać. Przeczytała kiedyś biografię człowieka, pochodzącego z takiej właśnie rodziny - mówił, że czasami tęsknota jest nie do zniesienia i z tego powodu najsłabsi często popełniają samobójstwa.
Miasto zamieszkiwały rody, naznaczone śmiercią, Przekleństwem Więzi.
Jon podszedł do biurka i postawił na nim tacę. Mistrzyni Ceira uśmiechnęła się do niego, podziękowała, a chłopczyk radośnie wybiegł z gabinetu. Mistrzyni Sora zamknęła za nim drzwi.
Marina cierpliwie czekała, aż Ceira skończy swój dziwny rytuał picia herbaty - nie do końca rozumiała, po co mitrzyni właściwie to robi - podczas gdy Horace nerwowo zaciskał dłonie na podłokietnikach krzesła. Zmarszczył brwi.
- Pije pani herbatę jak Brytyjka - odezwał się, po raz pierwszy od chwili, gdy weszli do gabinetu.
Mistrzyni Ceira uśmiechnęła się do niego.
- Mieszkałam kiedyś na wyspach - odparła - Niektóre zwyczaje postanowiłam utrzymywać również tutaj - Upiła łyk herbaty, zanim ponownie się do niego zwróciła: - A więc skąd jesteś Horace?
Chłopak zawahał się.
- Z Nevady - odpowiedział - Ale moja rodzina pochodzi z Anglii.
Tutaj zerknął na Marinę, która pokiwała głową. Ich dziadkowie przenieśli się do Stanów Zjednoczonych po II wojnie światowej, mieli wtedy po kilkanaście lat, ale do końca życia z dumą mówili o sobie, jako o Brytyjczykach. Tak też wychowywali swoje dzieci, a one własne, dlatego Marina i Horace mieli bardzo mocny akcent oraz mentalność mieszkańców Wysp Brytyjskich. Ona w nieco mniejszym stopniu, ponieważ przez większą część życia mieszkała z mamą, Seleną, w Lizbonie, stolicy Portugalii.
- Rozumiem - Mistrzyni Ceira pokiwała głową. - Czyli zostałeś Wybrany będąc w domu?
- Nie - Horace zaprzeczył bez wahania. - Byłem razem z wujkiem w Salisbury. Jego grupa prowadzi wykopaliska pod Stonehenge. - Zmarszczył lekko brwi. - Pokazywał mi jakieś kamienie... Widziałem je później tutaj, na placu.
- One nie są teraz ważne - wtrąciła mistrzyni Sora beznamiętnie.
Marina podejrzewała, że jest zupełnie odwrotnie - wszystko, co przynosiły ze sobą smoki było ważne. Zanotowała w myślach, by wypytać o nie później Horace'a i sprawdzić je w bibliotece.
Ceira skinęła głową, zgadzając się z jej słowami.
- Masz rację, droga Soro - stwierdziła - Najważniejsze jest teraz, byś zrozumiał Horace, gdzie dokładnie się znajdujesz.
- Mówiłaś coś o jakimś Mieście Smoków? - mruknął chłopak, zakładając ramiona na piersi - I Akademii?
- Och, to tylko potoczne nazwy - odparła mistrzyni - Prawdziwe są o wiele za trudne do wymówienia. Ale tak, znajdujesz się na terenie Akademii Jeźdźców w Mieście Smoków, inaczej zwanym również Mistem Pośród Chmur lub Miastem Chmur.
Marina mogłaby przysiąc, że Horace wymamrotał pod nosem "Jakie oryginalne", na co prawie się roześmiała. W obecności mistrzyń pozwoliła sobie jedynie na ledwie dostrzegalny uśmiech.
Ceira urwała na moment, jakby rozważała swoje kolejne słowa, choć było oczywiste, że wie dokładnie, co ma powiedzieć - podobne rozmowy przeprowadzała już wiele razy.
- Tak, masz rację, ale to tylko nazwy - powiedziała w końcu, a Horace drgnął, wyraźnie zaskoczony tym, że mistrzyni usłyszała jego komentarz. - Ważniejsze jest, jakie miejsca się za nimi kryją.
Horace zarumienił się lekko.
- Rozumiem - mruknął, a po chwili dodał niepewnie - A więc co to za miejsca?
Ceira uśmiechnęła się.
- Kryjówka. Schronienie. - odparła - Bezpieczne miejsce. Szkoła. Dom. To zależy od tego, kto czego potrzebuje. Czego ty potrzebujesz.
Marina obserwowała, jak twarz kuzyna zastyga w wyrazie niepewności, połączonym z lękiem oraz ciekawością. 
- Może masz jakieś pytania? - zapytała, pragnąc mu pomóc.
Horace spojrzał na nią, jakby dopiero teraz zdał sobie sprawę, że koło niego siedzi.
- Smoki - powiedział pewnie - Chcę wiedzieć, o co chodzi ze smokami? Jakim cudem istnieją? Skąd się wzięły? Czemu jeden z nich mnie tutaj przyniósł? - Zmarszczył brwi. - I jak teraz o tym pomyślę: skąd się tu do cholery wzięłaś?! Myślałem, że cały czas jesteś w Lizbonie z ciocią Seleną.
Marina spuściła wzrok na swoje dłonie.
- Możemy o tym ostatnim porozmawiać później... na osobności - zaproponowała.
Horace wyglądał, jakby zamierzał się kłócić, ale nie pozwoliła mu na to mistrzyni Sora, która odezwała się nagle:
- Zostałeś jednym z Wybranych.
Wszystkie spojrzenia skierowały się w jej stronę, więc kontynuowała:
- Tak nazywamy ludzi, których smoki wybrały na swoich Jeźdźców. - Zmierzyła go stalowym spojrzeniem. - Co jeszcze nie oznacza, że nim będziesz.
- Soro, nie strasz chłopaka - zganiła ją Ceira, zanim zwróciła się do Horace'a - Na razie nikt nie sprawdza twojej potencjalnej kandydatury na Jeźdźca. Chcemy na razie wyjaśnić ci podstawowe zasady, jakimi kieruje się nasz świat, teraz także twój, byś mógł dokonać świadomego wyboru.
- Jakiego wyboru? - zdziwił się chłopak.
- Czy będziesz chciał zostać - wyjaśniła cicho Marina.
Od czasu, gdy przebywała w Akademii, tylko dwa razy zdarzyło się, że ktoś odmówił. Pamiętała to bardzo dokładnie, zwłaszcza Ceremonię Odejścia, podczas której modyfikowano pamięć takiej osobie, by to wszystko uznała za sen, wytwór wyobraźni. Za każdym razem chciało jej się płakać i miała mdłości - nie potrafiła zrozumieć, jak można tak po prostu odrzucić Więź ze smokiem, jakby to nic nie znaczyło. Było to coś absolutnie potwornego oraz chorego. Nikt otwarcie tego nie przyznawał, ale większość Adeptów i Nauczycieli myślała podobnie. Jedynie zdanie mistrzów na ten temat pozostawało tajemnicą.
- Więc mogę odmówić i wrócić do domu? - upewnił się Horace - Tak po prostu?
- Jeżeli tego chcesz - potwierdziła mistrzyni Ceira.
Horace umilkł na moment, patrząc na coś za oknem. Wydawał się zupełnie zaabsorbowany własnymi myślami, a potem potrząsnął głową.
- Nie, zamierzam zostać - stwierdził z absolutną pewnością w głosie - Ja... Ten smok... Nie mógłbym go zostawić.
- Chociaż nadal nie rozumiem, jakim cudem on istnieje - dodał po chwili.
- Och, to całkiem proste - odparła mistrzyni Ceira - Są takimi samymi zwierzętami, jak na ten przykład psy czy koty, choć niewątpliwie o wiele od nich starszymi, jako rasa, i na pewno bardziej niż one inteligentnymi. Można powiedzieć, że niemal tak jak ludzie, oczywiście na sposób, którego my nie potrafimy w pełni pojąć. - Zastanawiała się przez moment. - Istnieje kilka teorii, skąd smoki wzięły się w naszym świecie, ale według naszej wiedzy pojawiły się mniej więcej w okresie, kiedy era dinozaurów chyliła się ku końcowi. Podejrzewamy również, że w pewien sposób są z nimi spokrewnione.
- Jak ptaki - dopowiedział Horace.
Ceira pokiwała głową zadowolona.
- Dokładnie - potwierdziła - Istnieje wiele gatunków smoków, żyją na wszystkich kontynentach w tym na Antarktydzie, oraz w morzach i oceanach. Ten, który cię tu przyniósł to amerykański smok długopyski, jeden z najrzadziej występujących na świecie.
- I każdy tu ma smoka? - zapytał Horace.
- W Akademii? Tak. Ale nie wszyscy są w stanie wytworzyć z nimi Więź. To ludzie, mieszkający w mieście. - wyjaśniła Sora - Ich przodkowie byli Jeźdźcami, więc nie działa na nich magia ukrywająca, tak jak na zwykłych ludzi. Musieliśmy... znaleźć inne wyjście.
Marina mocno zacisnęła zęby, z trudem powstrzymując się od komentarza. Tak, sporo osób uważało Miastowych za problem, który trzeba jak najszybciej rozwiązać. Co oczywiście nie przeszkadzało Jeźdźcom w korzystaniu z ich usług.
Dawno nie doświadczyła takiej hipokryzji, jak właśnie u Jeźdźców.
- Chyba rozumiem - stwierdził Horace niepewnie.
- To dobrze - rzuciła Ceira - Niestety, nie zostało nam zbyt wiele czasu, nim będziesz musiał spotkać się z Dyrektorem, więc czy masz jeszcze jakieś pytania?
- Kim tak dokładnie jesteście? - wypalił bez zastanowienia - O co chodzi z tymi "jeźdźcami"? Czym jest więź? Czego uczycie w tej całej "akademii"? Po co ona w ogóle istnieje? I jak to działa, że te wyspy... że one latają?
Ceira pokiwała że zrozumieniem głową. Marina spodziewała się, że odpowie choćby na jedno z pytań Horace'a, ale zamiast tego spojrzała wyczekująco na dziewczynę swoimi złotymi oczami, które przyprawiały ją o ciarki.
- Marino, a może ty wyjaśnisz kuzynowi, czym się tu zajmujemy? - zapytała, ale równie dobrze mogłaby wydawać rozkaz.
Marina wytrzeszczyła na nią oczy, jednak nie zaprotestowała. Odchrząknęła, czując na sobie uważne spojrzenia obu obecnych w pomieszczeniu mistrzyń.
- Jeźdźcy są naprawdę starzy - zaczęła - I od początku mieli jedną funkcję. - Urwała na moment, by upewnić się, że Horace słucha jej z uwagą. - Za wszelką cenę chronić smoki.
Kuzyn posłał jej zaskoczone spojrzenie.
- Nie sądziłem, że gady, które zioną ogniem potrzebują ochrony - powiedział sceptycznie.
- Oczywiście, że jej potrzebują! - odparła Marina i zaczęła mówić o tym, o czym wiedziała najwięcej: - Smoki doskonale radzą sobie w dowolnym środowisku, w jakim się znajdą. Są mistrzami przetrwania, dostosowują się do nowych warunków w bardzo szybkim tempie. Nie mają problemów z innymi gatunkami, bo tak jak zauważyłeś są "ziejącymi ogniem gadami". Oprócz jednego. I ten gatunek sam siebie nazwał człowiekiem. - Pozwoliła Horace'owi na przyswojenie sobie tej informacji, nim kontynuowała: - Pomyśl, gdyby ludzie dowiedzieli się o istnieniu smoków zapanowałby chaos. Zaczęto by na nie polować, zabijać, jak działo się to w średniowieczu. Już teraz są prawie na wymarciu, a wiesz jak człowiek wybił wiele innych gatunków. Nie możemy na to pozwolić.
- Więc wmawiacie światu, że one nie istnieją? - Horace uniósł brwi. - Jak?
- Magia - odparła Marina - Oraz trochę fałszywych informacji wypuszczanych do mediów. Wbrew pozorom w dzisiejszych czasach jest to łatwiejsze, niż się wydaje. Zwykli ludzie uwierzą w każde wytłumaczenie, pod warunkiem, że jest logiczne i nie ma nic wspólnego z magią czy czarami.
Horace nie wyglądał na przekonane go, ale nie drążył tematu. Zamiast tego zapytał:
- Powiedziałaś "normalni". Co to znaczy? 
- Nie każdy może widzieć smoki tak jak my - wyjaśniła Marina - To jakieś uwarunkowanie genetyczne, które... - Urwała, zerkając na mistrzynie. Nie była pewna, czy może powiedzieć kuzynowi o elfach. W Akademii każdy o ich istnieniu dowiadywał się sam. - Zresztą, to na razie nieważne. Chodzi o to, że smoki wyczuwają takie osoby i to właśnie one mogą zostać Jeźdźcami. Każdy smok wybiera jednego, nie do końca wiadomo na jakiej zasadzie. Po prostu ta osoba jest dla niego... wyjątkowa.
- Czyli jestem wyjątkowy, bo jakiś gen sprawił, że widzę smoki? - upewnił się Horace.
- Mniej więcej - potwierdziła Marina - Ale zdarza się, że zwyczajni ludzie też mogą widzieć smoki. Według naszej wiedzy są potomkami słynnych czarnoksiężników i czarodziejek: Merlina, Kirke...
- Ło, ło, ło, chwileczkę - Horacy ułożył dłonie w znak "timeout". - To czarnoksiężnicy też istnieją?
- Istnieli - poprawiła go kuzynka - Obecnie nie ma osób, zdolnych posługiwać się magią, które nie byłyby Jeźdźcami. Większość z tych rodów wygasła lub weszła w związki z rodzinami Jeźdźców. Dlatego stworzono czary ukrywające.
Chłopak wziął głęboki oddech i w końcu drżącymi dłońmi poprawił okulary.
- Chyba... Chyba potrzebuję trochę czasu. Żeby to wszystko ogarnąć. - wymamrotał.
Mistrzyni Ceira skinęła głową ze zrozumieniem.
- Oczywiście, to wszystko musi być dla ciebie bardzo przytłaczające - Zerknęła na ogromny zegar wiszący nad drzwiami, o którym Marina zdążyła zupełnie zapomnieć. - Sądzę, iż tyle informacji na razie powinno wystarczyć. Reszty dowiesz się na lekcjach z historii Akademii oraz od przydzielonego ci Przewodnika. A teraz powinniśmy już iść do Dyrektora. Niestety, ale jego gabinet znajduje się w zupełnie innym skrzydle budynku, więc czeka nas długi spacer. Z plusów to przynajmniej, Horace, zobaczysz trochę Akademii. Soro, moja droga, czy możesz prowadzić?
Starsza mistrzyni skinęła głową, a potem wszyscy wyszli z gabinetu. Przez całą drogę Sora milczała, podczas gdy Ceira z szerokim uśmiechem opowiadała, przez jakie sale, korytarze i komnaty właśnie przechodzą. Horace zdawał się słuchać jej z zainteresowaniem, jednak Marina widziała, że myślami jest zupełnie gdzieś indziej. Ożywił się na moment, kiedy przez jedno z wysokich okien zobaczył wyspę, nad którą krążyło mnóstwo smoków.
- To stajnie - wyjaśniła mu Marina szeptem - Tam mieszkają smoki i odbywają się niektóre lekcje. Zaprowadzę cię do nich po spotkaniu z Dyrektorem.
Co jakiś czas mijali ich inni Adepci, a także Profesorowie, którzy witali się uprzejmie (bądź ze strachem) z mistrzyniami i rzucali zaciekawione spojrzenia na Horace'a. W przypadku grupek po ich przejściu rozległy się głośne szepty. W Akademii nic nie pozostawało długo tajemnicą, a przybycie Horace'a nie należało do najdyskretniejszych. Z pewnością wszyscy mieli już teorie, kim jest ten nowy oraz skąd zna Przewodniczkę Marinę.
- A ty jakiego masz smoka? - zapytał nagle chłopak, gdy niemal dochodzili do gabinetu Dyrektora.
Marina spojrzała na niego. 
- To smoczyca - odparła - Ogniolub skandynawski. Ma na imię Purpura. Jest piękna.
- Purpura? - Chłopak uśmiechnął się lekko.
Marina wywróciła oczami.
- Jeszcze jej nie widziałeś.
- Jesteśmy na miejscu - oznajmiła nagle mistrzyni Ceira.
Stali przed ogromnymi, dwuskrzydłowymi drzwiami, mogły mieć może pięć metrów, na których wyrzeźbiono bardzo realistycznie wyglądającego smoka - nie był to żaden konkretny gatunek, a jedynie jego typowe średniowieczne wyobrażenie. Nie umniejszało to jednak jego piękna, obecnego we wszystkim w Akademii, która ostatecznie założyły elfy, wyjątkowo miłujące piękno.
Mistrzyni ujęła jedną z mosiężnych kołat i zastukała równo trzy razy. Potem spojrzała na kuzynostwo.
- Wejdźcie sami, ja i mistrzyni Sora tu na was zaczekamy.
Marina skinęła głową i pociągnęła za sobą Horace'a przez lekko uchylone drzwi, które natychmiast się za nimi zamknęły.
Znaleźli się w gabinecie Dyrektora.
Pierwszym, co rzucało się w oczy była różnica między tym pomieszczeniem, a pokojem, w którym jeszcze niedawno przebywali. Gabinet Ceiry był uporządkowany, wszystko miało swoje miejsce. Z pewnością codziennie sprzątała go też służba.
Natomiast w gabinecie dyrektora panował istny chaos. Książki mieszały się na ziemi z dokumentami Akademii oraz najróżniejszymi antykami. Na ścianach wisiały średniowieczne arrasy, przedstawiające fantazyjne miejsca i zwierzęta. Stojące w rogu biurko wyglądało, jakby lada moment miało się rozpaść. Okna zasłonięto grubymi kotarami, praktycznie nieprzepuszczającymi światła, więc całe pomieszczenie tonęło w półmroku. Z wysokiego sufitu zwisał kryształowy żyrandol, jednak bardzo już zniszczony. Każdą powierzchnię pokrywała cienka warstwa kurzu. Pachniało starociami oraz potem. Było niezwykle duszno.
A pośrodku tego stał uśmiechnięty szeroko Dyrektor.
- Marina Thompson! - zawołał radośnie - Jak dawno cię nie widziałem! Kim jest twój towarzysz?
Marina również się uśmiechnęła.
- Witaj, Dyrektorze - przywitała się - To mój kuzyn, Horace. Dzisiaj został Wybrany.
Dyrektor przyjrzał się Horace'owi z zaciekawieniem. Był młodym mężczyzną, przed czterdziestką, o śniadej skórze i ciemnych gęstych włosach. Jego twarz pokrywał lekki zarost, a wokół czarnych oczu i na czole pojawiły się zmarszczki mimiczne od ciągłego uśmiechania. Był dobrze zbudowany, strój, który miał na sobie - bogatsza wersja tego, noszonego przez wszystkich mieszkańców Akademii - wyraźnie podkreślał mięśnie. Przy pasie wisiała jego ulubioną szpada.
- Nowy, tak? - upewnił się - Poczekajcie, już do was idę.
Z gracją zaczął przemieszczać się między przedmiotami ułożonymi w stosy, nawet na nie nie patrząc, jakby w głowie miał ich dokładną mapę. Horace spojrzał na Marinę unosząc pytająco brwi, ale ta tylko pokręciła głową.
Dyrektor w końcu stanął przed nimi. Z tej odległości dokładnie było widać, że jego złota kamizelka - podobna do tych, jakie nosili wszyscy w Akademii - jest poplamiona jakąś niezydentyfikowaną substancją, ale mężczyźnie najwyraźniej to zupełnie nie przeszkadzało.
Wyciągnął dłoń w stronę Horace'a.
- Miło mi cię poznać, Horace - przywitał się, gdy chłopak uscisnął jego dłoń - Od dawna nie mieliśmy nikogo Nowego. Jestem Tristan, Dyrektor Akademii. Jak sądzę rozmawialiście już z Ceirą?
Marina skinęła głową.
- Przyszliśmy tu od razu z jej gabinetu - wyjaśniła.
Dyrektor klasnął zadowolony w dłonie.
- Świetnie, więc mamy do załatwienia tylko formalności - Spojrzał na Horace'a - I jak się czujesz pierwszego dnia w Mieście?
Chłopak niepewnie wzruszył ramionami.
- Chyba dobrze. To trochę... dużo, jak na jeden dzień.
- Moim zdaniem bardzo dobrze to znosisz - stwierdził Tristan, ruszając między bibelotami do swojego biurka - Mieliśmy tu już ataki histerii, paniki... Twoja kuzynka przeżyła załamanie nerwowe.
Marina zarumieniła się wściekle, unikając wzroku kuzyna.
- Nie lubię o tym wspominać, Dyrektorze - mruknęła, ruszając za mężczyzną.
- Och, to przecież naturalne! - zawołał Tristan, przeszukując stos dokumentów. - Nie codziennie człowiek dowiaduje się przecież takich rzeczy!
Z triumfalnym okrzykiem wyłowił ze stosu opasłe tomiszcze, które z hukiem położył na biurko. Przewertował je, gestem pokazując dwójce nastolatków, by podejść bliżej.
- Jak rozumiem zdecydowałeś się z nami zostać? - upewnił się - Potrzebujemy twoich danych, żeby wpisać je do naszych ksiąg, a potem Marina zaprowadzi cię do kwater Nowicjuszy.
Horace przestąpił niepewnie z nogi na nogę.
- Jasne, nie ma... - Urwał na moment. - Chwila, czyli ja mam tu mieszkać?! 
- Oczywiście - odparł Tristan, wyraźnie zaskoczony - A gdzie indziej miałbyś się znajdować?
Chłopak przejechał sobie dłońmi po twarzy.
- Tak po prostu?! Przecież ja was ludzie ledwo znam! A zresztą, co z wujkiem, moją szkołą? Na pewno ktoś już zauważył, że mnie nie ma i zawiadomił policję!
- Spokojnie, chłopcze, tym także już się zajęliśmy, nie musisz się martwić - wyjaśnił dyrektor - Na wszystkie twoje pytania z chęcią odpowie Przewodnik, gdy jakiegoś ci przydzielimy.
- Kim jest Przewodnik?
- To starszy uczeń - powiedziała Marina - Może nim być ktokolwiek, ale najczęściej wybiera się kogoś, kto jest w Akademii już od jakiegoś czasu. O ile to możliwe, zgłaszam się na ochotniczkę, Dyrektorze.
- Nie, nie - zaprotestował mężczyzna - Już i tak masz dużo obowiązków, jako Opiekunka. Znajdziemy kogoś na twoje miejsce.
Horace pomasował sobie skronie.
- Za chwilę pęknie mi głowa - mruknął.
Został zignorowany zarówno przez Marinę, jak i Dyrektora.
- No dobrze, zajmijmy się na razie sprawami bieżącymi - powiedział Tristan, stukając w księgę - Twoje dane, chłopcze. 
Horace pokiwał głową.
- To znaczy imię, nazwisko, data urodzenia...? - upewnił się.
- Bez daty urodzenia - odparł dyrektor - To nie jest nam potrzebne. Za to musimy znać imię smoka, który cię Wybrał, oraz gdzie się znajdowałeś.
Marina lekko się spięła, a Horace popatrzył na mężczyznę niepewnie.
- Imię smoka? - zaśmiał się nerwowo. - Tak, co do tego...
- To był amerykański długopyski - wtrąciła szybko dziewczyna - Żaden ze smoków, żyjących na terenie Akademii.
Tristan wyglądał na naprawdę zaskoczonego.
- Amerykański... - Pokręcił głową z hukiem zamykając księgę. - Wiesz co, chłopcze, może przyjdź jutro, na pewno jesteś zmęczony i musisz sobie wszystko poukładać. Marino, zaprowadzisz kuzyna do jego pokoju, prawda? Świetnie! Lepiej już idźcie! Do zobaczenia! Miło było cię poznać, Horace.
Dyrektor niemal dosłownie wypchnął ich z gabinetu, zatrzaskując za nimi drzwi. Horace spojrzał zdziwiony na Marinę, jednak dziewczyna sama nie miała pojęcia, co to wszystko znaczy.
- Tak... - odchrząknęła - Chodź, pokażę ci drogę do twojego nowego pokoju. Tylko się nie zgub!
Ruszyła przed siebie, a Horace z wyraźnym ociąganiem powlókł się za nią.


Ciąg dalszy nastąpi...

poniedziałek, 7 listopada 2016

I

Porwany

Horace nie był pewny, czy jest bardziej wściekły czy rozbawiony, kiedy przedzierał się przez gigantyczne grzęzawisko, pchając przed sobą dosłownie starożytny rower, na którego kierownicy wisiały siatki z zakupami. Od czasu, gdy wyjechał z Salisbury przewrócił się już jakieś dwadzieścia razy, omal nie wpadł do rzeki Avon i został zaatakowany przez głodne mewy. Z jakiegoś niezrozumiałego dla niego powodu, jego mózg uznał to za niezwykle zabawne, przez co cały czas musiał powstrzymywać się od śmiechu.
Racjonalna część umysłu chłopaka była natomiast mocno zdenerwowana faktem, że był cały poplamiony błotem, miał pióra we włosach, a na domiar złego zaczęło się zbierać na deszcz. Znowu. Zabawne, ale Horace przed wyjazdem w ogóle nie sprawdził, jaka pogoda panuje zazwyczaj w Anglii, więc na miejscu czekała go niemiła niespodzianka. Przyzwyczaił się do suchego klimatu Nevady, gdzie mieszkał razem z wujkiem niemal całe swoje życie.
Powodem, dla którego wybrał się na zakupy, aż do Salisbury rowerem i to w taką pogodę było roztrzepanie jego wujka, który jak zwykle zapomniał zabrać ze sobą części swoich narzędzi i musiał zadzwonić do swojego kolegi, by ten wysłał mu je pocztą na skrytkę właśnie w Salisbury. Często się to zdarzało, a zakupy Horace postanowił zrobić "przy okazji", żeby nie umrzeć z głodu. Obozowe jedzenie składało się głównie z żarcia z puszek, które pierwszej świeżości nie były oraz z zupek w proszku. Innym to nie przeszkadzało, natomiast Horace potrzebował czegoś bardziej... normalnego.
Chłopak odetchnął z ulgą, kiedy w polu jego widzenia pojawił się krąg wojskowych namiotów i dwa ubłocone samochody terenowe. Zdążył akurat w samą porę, bo poczuł jak pierwsze krople uderzają go w nos i ramiona. Zacisnął mocno zęby, zmuszając się do biegu, co było niezwykle trudne, bo rower odmawiał współpracy, blokując przednie koło, które cały czas skręcało przez to w lewo. Kiedy udało mu się w końcu dotrzeć do samochodów zaczęło padać, a kiedy wbiegał do namiotu dzielonego z wujkiem lało już jak z cebra.
- Wróciłem - oznajmił, rzucając siatki oraz paczkę z narzędziami na najbliższy stół.
Wujek nawet na niego nie spojrzał, zbyt zaabsorbowany badaniem jakiegoś ostrego kawałka skały.
Milton Thompson był dość specyficznym człowiekiem. Miał nieco ponad czterdzieści lat, ale wyglądał na zdecydowanie starszego i tak też się często zachowywał. Krąg jego zainteresowań ograniczał się do archeologii i golfa, w którego grał namiętnie pomimo wyraźnego braku talentu w tej dziedzinie.
Ubierał się dokładnie tak, jak ci profesorowie wyższych uczelni na filmach - w tweedową marynarkę z naszywkami ze skóry na łokciach, koszule w paski wciśnięte do spodni zaprasowanych w kant, muszkę, eleganckie półbuty i dobrane uroczo nie do pary skarpetki. To wrażenie pogłębiły jeszcze jego niechlujnie rozwichrzone brązowe włosy i okulary sklejone taśmą, które cały czas zjeżdżały mu z nosa.
Nie można było jednak zaprzeczyć, że praca to również jego pasja. Archeologii poświęcił niemal całe życie. Stracił kontakt z krewnymi, odeszła od niego żona, zabierając córkę, a w pewnych kręgach zaczęto uważać go za wariata, ale mimo tego nie poddawał się w dążeniu do celu, którego wyznaczył sobie jeszcze na studiach.
Chlopak starał się go zrozumieć. W końcu ten dziwaczny człowiek przyjął go pod swój dach, kiedy zmarła mama - jego młodsza siostra - a reszta rodziny odwróciła się od wówczas niespełna dwunastoletniego Horace'a. Przede wszystkim nie oceniał wujka, jak to robiła przy każdym spotkaniu ciocia Martha. Wspierał go we wszystkim oraz pilnował, by całkowicie nie zatracił się w swoich poszukiwaniach, co czasem się mu zdarzało.
W końcu był dla niego najbliższą rodziną.
- Jesteś głodny? - zapytał chłopak, nie zrażając się brakiem zainteresowania ze strony wujka i wyciągając z plastikowej torby kubek z gotowym spaghetti - Kupiłem trochę jedzenia.
Dopiero teraz Milton spojrzał na siostrzeńca zamglonym wzrokiem.
- To niesłychane - rzucił, jakby nie słyszał pytania Horace'a - To zupełnie bezprecedensowe odkrycie. Jeżeli te kamienie mówią prawdę, możemy na zawsze odmienić oblicze nauki i historii!
Mówił niezwykle przejęty, gęsto przy tym gestykulując. Horace wywrócił oczami, zalewając swoje spaghetti gorącą wodą z czajnika elektrycznego.
- Mówiłeś to już wczoraj. I przedwczoraj. I przedprzedwczoraj - stwierdził, siadając na swoim łóżku polowym i mieszając łyżeczką w kubeczku.
Milton pokręcił głową, poprawiając okulary zsuwające mu się z nosa.
- Tym razem to coś innego! - zaprotestował gorączkowo, chwytając siostrzeńca za ramię - Spójrz!
Horace westchnął ciężko, odłożył kubeczek na bok i pozwolił wujkowi zaciągnąć się do stołu, na którym leżały różnej wielkości kawałki kamieni - wykopane wczoraj przez zespół dwadzieścia metrów od wewnętrznego kręgu Stonehenge. Chłopak obrzucił je wzrokiem, jednak nie dostrzegł niczego niezwykłego. Zwykłe odłamki głazów z wyrytymi w nich celtyckimi wzorami.
- Widzę... kamienie - powiedział niepewnie, zerkając na wujka.
Milton znowu pokręcił głową.
- Nie, nie, nic nie rozumiesz - Przejechał palcami po skomplikowanych wzorach z niemal nabożną czcią - Przyjrzyj się. Widzisz to - Zatrzymał dłoń na jednym z rysunków. Horace pochylił się, żeby lepiej widzieć. Przez lata żywioły zatarły kontury, ale mógł rozróżnić dość toporną podobiznę jakiegoś skrzydlatego stworzenia.
- No, Celtowie chyba lubili wzorki - zażartował.
Milton spojrzał na niego urażony.
- To nie są celtyckie wzory - wyjaśnił, cofając dłoń - Całe Stonehenge jest od nich o wiele, wiele starsze. To wszystko stworzyła wysoko rozwinięta cywilizacja, być może starsza nawet od egipskiej. Jeśli uda mi się rozszyfrować teksty z tych kamieni może w końcu dowiemy się, jak ludzie bez pomocy dźwigów i innych maszyn mogli stworzyć coś tak ogromnego.
Horace zamierzał już coś na to odpowiedzieć, gdy drzwi do namiotu się rozsunęły i wpadła przez nie przemoczona do suchej nitki Emma, asystentka Miltona, trzymając w ramionach podkładkę z jakimiś papierami. Dwudziestoparolatka odgarnęła z twarzy krótkie, brązowe loczki, uśmiechnęła się do Horace'a, a potem zwróciła do szefa:
- Panie profesorze, są jakieś problemy z mapami i profesor Kahoor prosi, żeby...
- Już idę - przerwał jej Milton, szybko zakładając płaszcz przeciwdeszczowi. Rzucił jeszcze do siostrzeńca szybkie: - Później porozmawiamy - i już go nie było. Odszedł razem z Emmą do głównego namiotu.
Horace tylko wzruszył ramionami. Spojrzał jeszcze raz na kamienie i dotknął tajemniczego wzoru, a potem odwrócił się, żeby dokończyć kolację. Nie zauważył, że podobizna poruszyła się, zatrzepotała skrzydłami i wygięła długą szyję, jakby zamierzała wydać z siebie donośny ryk.
Niedługo miał pożałować swojej ignorancji.

~*~

Horace obudził się w środku nocy, nie bardzo wiedząc dlaczego. Jednej chwili spokojnie spał, a w następnej siedział na łóżku z uwagą wpatrując się w nieprzeniknioną ciemność, panującą w namiocie. Słyszał cichy, równy oddech wujka, zwiniętego na pryczy pod przeciwległą ścianą i świst wiatru na zewnątrz, który wpadał do namiotu przez otwarte wejście.
Chłopak zadrżał i szybko owinął się kocem, żeby zatrzymać choć trochę cudownego ciepła. Po omacku sięgnął pod łóżko, by z plecaka wyjąć latarkę. W końcu udało mu się ją znaleźć i włączyć. Snop światła padł prosto na stół, gdzie leżały kamienie. Dosłownie leżały, bo już ich tam nie było.
Była za to smukła odziana w czerń postać, odwrócona do niego bokiem w stronę wyjścia, która zamarła w pół kroku, zerkając na niego kątem oka, błyszczącego jak szafir.
Przez chwilę nikt się nie ruszał. Horace nawet nie zauważył, że koc zsunął mu się z ramion pozwalając, by zimno zaczęło przenikać go do kości. A potem tajemnicza postać drgnęła i wypadła z namiotu jak strzała, nie patrząc nawet na chłopaka. Krzyknęła coś jeszcze w obcym języku, zanim rozpłynęła się w mroku. Horace nie zastanawiał się długo, tylko błyskawicznie wsunął buty na nogi i wybiegł z namiotu z prędkością, jakiej nie powstydziłby się Usain Bolt.
Postać była już w połowie drogi na wzgórze, gdzie znajdowały się kręgi. Horace mimowolnie zaczął się zastanawiać, jak ktoś może być tak szybki. Z własnego doświadczenia wiedział, że to fizycznie niemożliwe. Miał sporą wiedzę z zakresu biegania. A zwłaszcza uciekania.
- Hej! - krzyknął najgłośniej jak potrafił.
Postać zerknęła na niego przez ramię, a potem jeszcze bardziej przyspieszyła. I wtedy wydarzyło się coś, co dosłownie wbiło Horace'a w ziemię.
Z nieba spadł ogromny, ciemny kształt. Przemknął nad ziemią, wzbijając tumany kurzu i omal nie przewracając chłopaka. Postać jak gdyby nigdy nic podskoczyła, chwytając za łapę ogromne stworzenie, które natychmiast z powrotem wzbiło się w powietrze. Horace nie potrafił wydusić słowa. Z trudem doczłapał do miejsca, skąd zniknęła postać.
Na mokrej trawie leżał jeden z kamiennych fragmentów - ten, który pokazywał mu wujek. Po jego powierzchni przesuwały się wcześniej nieruchome wzory, teraz wyraźne i zachowujące się jak żywe.
Wspaniały smok walczył na kamieniu z ogromnym wężem, którego ogromne cielsko wiło się w licznych splotach. Pod nimi gigantyczna jaszczurka, przypominająca warana, połykała maleńkich ludzi, kiwając się na wszystkie strony, gdy atakowały ją ciemne postaci, podobne do tych, jaką Horace widział na własne oczy.
Nagle smok odwrócił się i spojrzał prosto na chłopaka. Jego oczy rozbłysły na złoto, a powietrze przeciął donośny ryk.
Horace za późno zorientował się, że dobiega znad niego. Jedna ogromna łapa zacisnęła się wokół jego piersi, podczas gdy druga chwyciła ponownie nieruchomy kamień - ostre pazury pozostawiły w miękkiej ziemi trzy głębokie bruzdy.
Kiedy stopy chłopaka straciły nagle podparcie zaczął krzyczeć jak opętany. Nigdy nikomu się nie przyznał, ale od dziecka cierpiał na lęk wysokości. Kiedy miał sześć lat lubił się wdrapywać na drzewa - jako gówniarz nie przejmował się konsekwencjami swojego zachowania. Dopóki nie spadł z wielkiego klonu rosnącego przy jego ulicy i nie wylądował w szpitalu. Od tamtej pory bał się wejść nawet na drabinki w sali gimnastycznej.
To, co działo się w tej chwili było ucieleśnieniem jego najgorszych koszmarów. Pod stopami widział błyskawicznie oddalającą się ziemię, wiatr rozwiewał mu brązowe włosy, zagłuszając jego przerażone okrzyki. Fakt, że trzymała go pokryta łuskami, pazurzasta, żywa łapa z pewnością nie pomagał jego już i tak mocno nadszarpniętym nerwom - jeżeli ten stwór, który postanowił go porwać, postanowi również go puścić... Wolał o tym nie myśleć, więc postanowił chwycić się łapy, żeby zapewnić sobie choć trochę więcej bezpieczeństwa.
- Puszczaj mnie! - wrzasnął, wymachując nogami. Nie widział już ziemi.
Mógłby przysiąc, że stwór się zaśmiał, ale łapa mocniej zacisnęła się wokół piersi Horace'a, przyjemnie ciepła i miękka. Chłopak jęknął z rozpaczy.
Czuł, że to będzie długa noc.

~*~

Lot okazał się spokojniejszy, niż Horace się spodziewał. Przez większość czasu wsłuchiwał się w miarowy dźwięk skrzydeł tnących powietrze oraz bicie swojego serca. Kilka razy zdarzyło mu się zasnąć. Łapa była tak przyjemnie ciepła i miękka, że czuł się lepiej niż w swoim własnym łóżku.
Co jakiś czas próbował też zagadać do swojego porywacza:
- Hej, to dokąd lecimy?
- Zamierzasz mnie zjeść?
- Po co mnie porwałeś?
I tak dalej w tym stylu.
Właściwie, nie miał pojęcia, czy ten potwór w ogóle go słyszy. Co jakiś czas wydawał z siebie głęboki warkot i mocniej zaciskał łapę wokół piersi Horace'a, ale chłopak nie miał wątpliwości, że stwór rozumie angielski. Nie wiedział natomiast skąd wzięła się ta pewność.
Ostatecznie poddał się, kiedy zaczęło świtać. Jeszcze nigdy nie obserwował świtu z takiej perspektywy i teraz zaczął tego żałować. To był jeden z najwspanialszych widoków w jego całym życiu. Wyłaniające się zza horyzontu słońce rzucało na chmury światło, barwiąc je na złoto i czerwono, a niebo przybrało lekko pomarańczowy odcień, przy linii horyzontu przechodzący w intensywny róż.
Chłopak zmrużył lekko oczy. Całym sobą odczuł wibracje, które przeszły przez ciało trzymającego go stworzenia - jakby dreszcz ekscytacji.
To nie był dobry znak.
- Hej, co się dzieje?! - krzyknął, chociaż nie liczył na jakąkolwiek reakcję.
Ku jego zdziwieniu potwór wydał z siebie gardłowy pomruk, wyraźnie próbując go uspokoić. Łapa zacisnęła się mocniej wokół piersi chłopaka, wręcz obezwładniając swoim ciepłem. Horace ze zdziwieniem poczuł, jak niedawne zdenerwowanie ulatnia się z niego niemal natychmiast. Odprężył się, patrząc z dołu na podbrzusze stwora.
Właściwie, dlaczego nazywał go "stworem" lub "potworem"? Od początku przecież wiedział, czym tak naprawdę jest stworzenie, które go porwało.
Smokiem.
Było najprawdziwszym smokiem ze skrzydłami, długim ogonem, pyskiem wyposażonym w ostre niczym szable kły, osadzonym na giętkiej szyi oraz czterema masywnymi łapami zaopatrzonymi po trzy palce z pazurami u przednich oraz czterema u tylnych. W świetle dnia widział złoto brązową barwę jego twardych łusek i miodową błonę tworzącą skrzydła. Co kilkadziesiąt centymetrów na skórze znajdowały się twardsze wypustki, przypominające nieco ostre kamienie - wyglądały dość groźnie, na pewno dało się nimi poważnie zranić.
Horace nie mógł powstrzymać myśli, iż jest to jedno z najpiękniejszych - o ile nie najpiękniejsze - zwierząt, jakie kiedykolwiek widział. Smok zamruczał z aprobatą, jakby to usłyszał, co chłopakowi wydało się jednocześnie fascynujące i przerażające. Po chwili jednak zupełnie stracił tym zainteresowanie, bo chmury znacznie się przerzedziły i jego oczom ukazał się niesamowity widok.
W powietrzu, zupełnie przecząc prawom grawitacji unosiły się wyspy. Horace nawet z daleka mógł ocenić, że są naprawdę ogromne. Pierwsza z nich miała kształt okręgu, wokół niej lewitowało kilka mniejszych, a w samym jej centrum wznosiło się coś, co wyglądało jak połączenie pałacu z twierdzą i przywodziło chłopakowi na myśl te wszystkie tradycyjne, brytyjskie uniwersytety, zwłaszcza że pod nim wybudowano w podobnym stylu wiele innych budynków, z zachowaniem jednak tego samego stylu.
Te wyspy otaczała większa, przypominająca szeroki pierścień, na której wybudowano wspaniałe, kolorowe miasto, poprzecinane w kilku miejscach sporymi kanałami z przerzuconymi nad nimi mostami, wyglądającymi jak z ekranizacji filmów Tolkiena, jakby zbudowały je elfy. Woda z tych kanałów spływała po obu stronach wyspy jako majestatyczne wodospady - ale zamiast spadać na ziemię znikała po kilkuset metrach, zamieniając się w parę i nie wyglądało na to, aby się kończyła.
Następne, co zwróciło uwagę Horace'a to latające wszędzie wokół smoki. Były różnych rozmiarów, kolorów i kształtów. Niektóre małe i zwinne, o jasnych barwach, przemykały między chmurami, a inne, większe i masywniejsze, krążyły nad wyspami, niczym stróże. Kiedy znalazł się bliżej mógł stwierdzić, że na każdym z nich siedzi w siodle człowiek.
"Co to za miejsce?", pomyślał Horace, podczas gdy niosący go smok skierował się ku środkowej wyspie, obniżając lot. Znajdował się tak nisko, iż chłopak mógł stopami dotknąć dachów budynków, a krążący między nimi ludzie - w różnym wieku, narodowości i obojga płci - pokazywali go sobie palcami, po czym zaczynali biec w stronę, w którą najwyraźniej zmierzał również smok.
Nagle znaleźli się nad dość sporą wolną przestrzenią. Smok zawisł w powietrzu trzy metry nad ziemią, wzniecając tumany kurzu i jakby nigdy nic upuścił Horace'a. Chłopak krzyknął, zanim uderzył w twardy kamień z siłą, która wydarła mu całe powietrze z płuc. Obok niego wylądował kamień, który zabrał smok - Horace zdążył o nim zupełnie zapomnieć. Płaskorzeźby na nim już się nie ruszały, ale nadal były niesamowicie wyraźne i szczegółowe. Chłopak powstrzymał chęć, by ich dotknąć.
Smok wylądował, składając skrzydła, a Horace po raz pierwszy mógł mu się uważnie przyjrzeć. Miał długi, niezwykle smukły pysk. Z miękkich nozdrzy unosiły się ledwo zauważalne smużki dymu, gdy nimi poruszał, obwąchując nowe miejsce. Z tyłu głowy wyrastały dwa dość spore rogi, a nad bursztynowymi oczami znajdowały się wypustki, podobne do tych na reszcie jego ogromnego cielska. Lekko uniósł wargi, odsłaniając śnieżnobiałe kły. Skrzydła idealnie przylegały do jego boków. Poruszał ogonem, z niezwykłą uwagą obserwując Horace'a - wydawał się mu bardzo inteligentny, niemal jak człowiek. Chłopak z trudem odwrócił od niego wzrok, by rozejrzeć się po miejscu w jakim się znajdował.
Był to plac przed pałacem, który zauważył wcześniej. Miał jakieś sto na sto metrów, a pośrodku na postumencie stał marmurowy posąg smoka z oczami z rubinów. Od placu odchodziło mnóstwo dróg, z których teraz wylewali się tłumnie ludzie. Większość, głównie nastolatkowie, ubrana była w podobny sposób - proste brązowe spodnie, wysokie skórzane buty, jak do jazdy konnej, oraz kamizelki narzucone na kremowe koszule. To właśnie oni patrzyli na toczącą się przed nimi scenę z największą ciekawością.
Horace stęknął i podniósł się, lekko zataczając. Udało mu się ustać na nogach, a wtedy ogromne, dziesieciometrowe drzwi pałacu otworzyły się z zadziwiającą łatwością i przeszły przez nie dwie kobiety, szybko kierując się w jego stronę. Ta idąca na przedzie była zdecydowanie młodsza, miała długie ciemne włosy, związane w prosty wrkocz, królewskie rysy twarzy, złote oczy i ubrana była tak samo jak nastolatkowie, jednak zupełnie na czarno, a na jej kamizelce wyszyto srebrną i złotą nicią skomplikowane wzory. Szła pewnie i stanowczo, przy każdym kroku szabla wisząca przy jej boku podskakiwała lekko. Mogła mieć nie więcej, niż trzydziesci lat.
Natomiast druga była stara. Wyglądała jak bardzo groźna nauczycielka ze swoim srogim wyrazem twarzy. Przypominała nieco drapieżnego ptaka, a wrażenie to potegowały siwe, jednak gęste włosy spięte w ciasnego koka na czubku jej głowy, przytrzymywane przez wymyślną spinkę w kształcie węża, ozdobioną dodatkowo kryształami. Miała dość pokaźną tuszę, ale szła zadziwiająco szybko i płynnie, obcasy butów skryte pod długa ciemnozieloną spódnicą sukni wybijały równy rytm na bruku. Przyglądała się Horace'owi intensywnie zielonymi oczami, sprawiając, że nagle poczuł się jeszcze mniej pewnie.
W końcu stanęły przed nim. Kobieta ubrana na czarno uśmiechała się do niego przyjaźnie - usta miała poprawione intensywnie bordową szminką. Druga nie wyglądała na zbytnio zachwyconą jego widokiem, ale jakby się o coś martwiła. Horace bardziej usłyszał niż zobaczył, jak tłum porusza się, czekając na rozwój wydarzeń. Chłopak odezwał się pierwszy.
- Gdzie ja jestem? Kim wy jesteście?
W oczach czarnowłosej pojawiły się iskierki rozbawienia. Wyciągnęła bladą dłoń w stronę chłopaka.
- Jestem mistrzyni Ceira Nightblood - przedstawiła się. Miała spokojny, dźwięczny głos - A to mistrzyni Sora.
Horace uscisnął jej dłoń.
- Horace Thompson - odparł - Czy możesz mi powiedzieć, gdzie ja do cholery jestem? I dlaczego porwał mnie smok? Jakim cudem on w ogóle istnieje?
Mistrzyni Sora sapnęła zirytowaną.
- Młody człowieku, trochę kultury, mówisz do mistrzyni - zganiła go.
Ceira roześmiała się.
- Och, to nic takiego, naprawdę - rzuciła - Horace jest tu nowy i pewnie zdezorientowany. Myślę, że możemy mu wybaczyć ten nietakt, nie sądzisz Soro? - Zwróciła się do chłopaka - Mój drogi, znajdujesz się w jednym z najpiękniejszych miast w tym świecie, naszej stolicy, Mieście Smoków, na terenie Akademii Jeźdźców, do której przyprowadził cię twój smok, byś mógł odkryć swoje przeznaczenie.
Horace gapił się na kobietę bez słowa, zastanawiając się, czy aby to wszystko mu się nie śni i naprawdę znajduje się w namiocie z chrapiącym wujkiem, i czy mógłby się już z tego dziwnego, pokręconego snu obudzić. Nie było mowy, że to wszystko jest realne. Na próbę przygryzł mocno, aż do krwi, wewnętrzną stronę policzka, jednak wbrew oczekiwaniom nie wrócił do łóżka, tylko przysporzył sobie bólu.
- To nie jest jakaś ukryta kamera, co nie? - upewnił się.
Ceira pokiwała głową.
- Och, obawiam się, że nie - odparła nie przestając się uśmiechać - Może porozmawiamy w środku? Twój smok będzie musiał tutaj niestety zostać.
- Dlaczego zawsze mówisz "twój smok" - mruknął - On nie należy do mnie. Jak może należeć?
To najwyraźniej wyjątkowo rozbawiło obie mistrzynie, bo wybuchnęły śmiechem. Po chwili Ceira uspokoiła się i położyła Horace'owi dłoń na ramieniu, popychając go lekko w stronę nadal otwartych wrót pałacu. Dopiero teraz zauważył, że była również zimna - z jej ciała promieniował nienaturalny chłód. Wzdrygnął się, ale pozwolił prowadzić. Na moment zerknął jeszcze przez ramię, by zobaczyć jak mistrzyni Sora podnosi z ziemi kamień i rozpędza tłum. Przeniósł spojrzenie wyrzej, by zobaczyć przyglądającą mu się parę bursztynowymi oczu. Dostrzegł w nich troskę.
Ceira przeprowadziła go przez próg i znaleźli się w ogromnej sali, podtrzymywane przez tuzin smukłych kolumn. Wszystko było niesamowicie jasne oraz czyste, a na łukowato sklepionym suficie namalowano wymyślne freski, najczęściej przedstawiające smoki. Wszędzie wokół kręcili się ludzie, a nawet kilka mniejszych gadów. Horace szybko określił wielkość pomieszczenia na połowę wielkości placu, a wysokość na jakieś dwadzieścia metrów. Na samym końcu sali znajdowały się szerokie schody, prowadzące na kolejne piętro.
- Będziemy mogli w spokoju porozmawiać w moim prywatnym gabinecie - powiedziała Ceira, puszczając ramię Horace'a - A potem spotkasz się z dyrektorem.
Chłopak nie odpowiedział, bo w tym momencie dostrzegł w tłumie osobę, której zupełnie nie spodziewał się zobaczyć. Zamarł, gapiąc się na nią, dopóki ona również go nie zauważyła, a wtedy zawołał, przekrzykując panujący wokół gwar:
- Marina?!
Dziewczyna wytrzeszczyła na niego oczy, a potem ruszyła w jego stronę. To z pewnością była Marina Thompson, starsza o dwa lata kuzynka Horace'a, córka wujka Miltona. Widywał ją co jakiś czas, gdy odwiedzała swojego ojca w ich niewielkim mieszkanku na przedmieściach Vegas, a oprócz tego na licznych starych fotografiach - doskonale pamiętał jak wygląda.
Miała bardzo dziewczęcą, okrągłą twarz o ostrym podbródku, pełnych ustach i długim nosie. Jej oczy były barwy burzowych chmur, a włosy - układające się w naturalne fale - jasnego blondu. Na sobie miała identyczny strój jak nastolatkowie na zewnątrz, ale kołnierzyk jej kamizelki był ognistoczerwony.
- Co ty tu robisz? - zapytała mocno zaskoczona, kiedy stanęła o dwa kroki od kuzyna. Nawet nie zwróciła uwagi na stojące za nim mistrzynie.
Horace wzruszył ramionami, wciskając dłonie w kieszenie dresów. Nadal miał na sobie strój, w którym chodził spać.
- Sam chciałbym wiedzieć - mruknął.
- Marino, czy znasz tego chłopca? - odezwała się ostro mistrzyni Sora.
Marina wzdrygnęła się lekko, przenosząc na nią wzrok i skinęła głową.
- To mój kuzyn - wyjaśniła, a potem nagle szerzej otworzyła oczy, gdy zdała sobie z czegoś sprawę - Został wybrany?!
- Chodźmy do mojego gabinetu - powiedziała Ceira - Tutaj jest za dużo osób. Ty także możesz iść z nami, Marino.
Dziewczyna rzuciła kuzynowi ostatnie zaskoczone spojrzenie, zanim ruszyła szybko za mistrzyniami w górę schodów. Horace chcąc nie chcąc pobiegł za nimi.
- Co tu się do cholery dzieje? - syknął w stronę kuzynki.
Marina zacisnęła usta w wąską linię.
- Jaki smok cię tu przyprowadził? - Zignorowała jego pytanie.
Przechodzili właśnie szerokim korytarzem, po obu stronach znajdowały się ciężkie drzwi z ciemnego drewna. Niektóre były otwarte i Horace mógł zobaczyć wnętrza znajdujących się za nimi pomieszczeń. Większość przypominała sale wykładowe, w niektórych siedzieli nastolatkowie zapisując informacje wyświetlające się na zadziwiająco nowoczesnych, jak na to miejsce, tablicach interaktywnych.
- Brązowy, złote oczy, długi pysk - odparł chłopak.
Marina westchnęła cicho, jakby była przerażona.
- Miałeś ze sobą któryś z kamieni że Stonehenge, jeden z tych, które odkopał tata.
Horace uniósł brwi. Nie zabrzmiało to jak pytanie.
- Skąd wiesz? I co to ma do rzeczy?
Marina spojrzała na niego że śmiertelnie poważnym wyrazem twarzy.
- Nikomu masz o nim nie mówić. Nawet Mistrzom. A zwłaszcza nim. W razie potrzeby kłam, tylko nie mów, że go dotykałeś, i że płaskorzeźby się poruszyły. Rozumiesz? 
Horace niepewnie skinął głową. Marina wyraźnie wiedziała więcej na temat tego, co mu się przytrafiło, niż chciała powiedzieć. Coś ukrywała.
W końcu stanęli przed drzwiami, na których wyrzeźbiono skomplikowane wzory. Dopiero po chwili chłopak zorientował się, że przedstawiają tysiące splecionych ze sobą węży i smoków, jakby walczyły. Był to dość upiorny obraz, zwłaszcza, iż oddano go w najdrobniejszych szczegółach. Niemal poczuł, jak obok niego Marina spina się na widok tych drzwi.
Mistrzyni Ceira odwróciła się do nich z uśmiechem. Jej złote oczy lśniły niczym monety. Nacisnęła klamkę i otworzyła drzwi.
- Zapraszam do mojego gabinetu.



Ciąg dalszy nastąpi...

piątek, 5 sierpnia 2016

Prolog

Marina

Mam na imię Marina.
Kim jestem?
Zwykłą dziewczyną, która żyje w trochę mniej zwykłym świecie, ale staram się przystosować.
Kiedy zostałam poproszona o to, by napisać wstęp do tej historii w pierwszej chwili się nie zgodziłam, bo nigdy niczego nie napisałam. Jednak w końcu udało im się mnie przekonać, co chyba nie było wcale takie trudne, bo każde z nas chce opowiedzieć, co się naprawdę wydarzyło, bez żadnych plotek, które rozpowszechniają media. To być może najważniejsza historia naszego życia, więc proszę - uwierzcie w to, co zostało tutaj napisane.
Opowieść, którą właśnie rozpoczynam, jest... wyjątkowa. Gwarantuję wam, że nigdy nie spotkaliście się z czymś podobnym. Jasne, będzie ratowanie świata, to chyba nieodłączny element każdej podobnej historii, prawda? Ale tym razem nie ma tu jednego bohatera, o niesamowitych umiejętnościach. Jesteśmy tylko my, zwyczajni nastolatkowie, którzy chcieli po prostu ocalić to, co kochają ponad wszystko.
Więc może jeszcze raz...
Mam na imię Marina.
Jestem zwykłą dziewczyną, trochę nieśmiałą i niepewną siebie, jednak znalazłam w sobie siłę, by walczyć i zostać jedną z największych bohaterek, o jakich prawdopodobnie mogliście usłyszeć, z czego niestety nie jestem specjalnie zadowolona.
To właśnie opowieść mojego życia.