Porwany
Horace nie był pewny, czy jest bardziej wściekły czy rozbawiony, kiedy przedzierał się przez gigantyczne grzęzawisko, pchając przed sobą dosłownie starożytny rower, na którego kierownicy wisiały siatki z zakupami. Od czasu, gdy wyjechał z Salisbury przewrócił się już jakieś dwadzieścia razy, omal nie wpadł do rzeki Avon i został zaatakowany przez głodne mewy. Z jakiegoś niezrozumiałego dla niego powodu, jego mózg uznał to za niezwykle zabawne, przez co cały czas musiał powstrzymywać się od śmiechu.
Racjonalna część umysłu chłopaka była natomiast mocno zdenerwowana faktem, że był cały poplamiony błotem, miał pióra we włosach, a na domiar złego zaczęło się zbierać na deszcz. Znowu. Zabawne, ale Horace przed wyjazdem w ogóle nie sprawdził, jaka pogoda panuje zazwyczaj w Anglii, więc na miejscu czekała go niemiła niespodzianka. Przyzwyczaił się do suchego klimatu Nevady, gdzie mieszkał razem z wujkiem niemal całe swoje życie.
Powodem, dla którego wybrał się na zakupy, aż do Salisbury rowerem i to w taką pogodę było roztrzepanie jego wujka, który jak zwykle zapomniał zabrać ze sobą części swoich narzędzi i musiał zadzwonić do swojego kolegi, by ten wysłał mu je pocztą na skrytkę właśnie w Salisbury. Często się to zdarzało, a zakupy Horace postanowił zrobić "przy okazji", żeby nie umrzeć z głodu. Obozowe jedzenie składało się głównie z żarcia z puszek, które pierwszej świeżości nie były oraz z zupek w proszku. Innym to nie przeszkadzało, natomiast Horace potrzebował czegoś bardziej... normalnego.
Chłopak odetchnął z ulgą, kiedy w polu jego widzenia pojawił się krąg wojskowych namiotów i dwa ubłocone samochody terenowe. Zdążył akurat w samą porę, bo poczuł jak pierwsze krople uderzają go w nos i ramiona. Zacisnął mocno zęby, zmuszając się do biegu, co było niezwykle trudne, bo rower odmawiał współpracy, blokując przednie koło, które cały czas skręcało przez to w lewo. Kiedy udało mu się w końcu dotrzeć do samochodów zaczęło padać, a kiedy wbiegał do namiotu dzielonego z wujkiem lało już jak z cebra.
- Wróciłem - oznajmił, rzucając siatki oraz paczkę z narzędziami na najbliższy stół.
Wujek nawet na niego nie spojrzał, zbyt zaabsorbowany badaniem jakiegoś ostrego kawałka skały.
Milton Thompson był dość specyficznym człowiekiem. Miał nieco ponad czterdzieści lat, ale wyglądał na zdecydowanie starszego i tak też się często zachowywał. Krąg jego zainteresowań ograniczał się do archeologii i golfa, w którego grał namiętnie pomimo wyraźnego braku talentu w tej dziedzinie.
Chłopak odetchnął z ulgą, kiedy w polu jego widzenia pojawił się krąg wojskowych namiotów i dwa ubłocone samochody terenowe. Zdążył akurat w samą porę, bo poczuł jak pierwsze krople uderzają go w nos i ramiona. Zacisnął mocno zęby, zmuszając się do biegu, co było niezwykle trudne, bo rower odmawiał współpracy, blokując przednie koło, które cały czas skręcało przez to w lewo. Kiedy udało mu się w końcu dotrzeć do samochodów zaczęło padać, a kiedy wbiegał do namiotu dzielonego z wujkiem lało już jak z cebra.
- Wróciłem - oznajmił, rzucając siatki oraz paczkę z narzędziami na najbliższy stół.
Wujek nawet na niego nie spojrzał, zbyt zaabsorbowany badaniem jakiegoś ostrego kawałka skały.
Milton Thompson był dość specyficznym człowiekiem. Miał nieco ponad czterdzieści lat, ale wyglądał na zdecydowanie starszego i tak też się często zachowywał. Krąg jego zainteresowań ograniczał się do archeologii i golfa, w którego grał namiętnie pomimo wyraźnego braku talentu w tej dziedzinie.
Ubierał się dokładnie tak, jak ci profesorowie wyższych uczelni na filmach - w tweedową marynarkę z naszywkami ze skóry na łokciach, koszule w paski wciśnięte do spodni zaprasowanych w kant, muszkę, eleganckie półbuty i dobrane uroczo nie do pary skarpetki. To wrażenie pogłębiły jeszcze jego niechlujnie rozwichrzone brązowe włosy i okulary sklejone taśmą, które cały czas zjeżdżały mu z nosa.
Nie można było jednak zaprzeczyć, że praca to również jego pasja. Archeologii poświęcił niemal całe życie. Stracił kontakt z krewnymi, odeszła od niego żona, zabierając córkę, a w pewnych kręgach zaczęto uważać go za wariata, ale mimo tego nie poddawał się w dążeniu do celu, którego wyznaczył sobie jeszcze na studiach.
Chlopak starał się go zrozumieć. W końcu ten dziwaczny człowiek przyjął go pod swój dach, kiedy zmarła mama - jego młodsza siostra - a reszta rodziny odwróciła się od wówczas niespełna dwunastoletniego Horace'a. Przede wszystkim nie oceniał wujka, jak to robiła przy każdym spotkaniu ciocia Martha. Wspierał go we wszystkim oraz pilnował, by całkowicie nie zatracił się w swoich poszukiwaniach, co czasem się mu zdarzało.
W końcu był dla niego najbliższą rodziną.
- Jesteś głodny? - zapytał chłopak, nie zrażając się brakiem zainteresowania ze strony wujka i wyciągając z plastikowej torby kubek z gotowym spaghetti - Kupiłem trochę jedzenia.
Dopiero teraz Milton spojrzał na siostrzeńca zamglonym wzrokiem.
- To niesłychane - rzucił, jakby nie słyszał pytania Horace'a - To zupełnie bezprecedensowe odkrycie. Jeżeli te kamienie mówią prawdę, możemy na zawsze odmienić oblicze nauki i historii!
Mówił niezwykle przejęty, gęsto przy tym gestykulując. Horace wywrócił oczami, zalewając swoje spaghetti gorącą wodą z czajnika elektrycznego.
- Mówiłeś to już wczoraj. I przedwczoraj. I przedprzedwczoraj - stwierdził, siadając na swoim łóżku polowym i mieszając łyżeczką w kubeczku.
Milton pokręcił głową, poprawiając okulary zsuwające mu się z nosa.
- Tym razem to coś innego! - zaprotestował gorączkowo, chwytając siostrzeńca za ramię - Spójrz!
Horace westchnął ciężko, odłożył kubeczek na bok i pozwolił wujkowi zaciągnąć się do stołu, na którym leżały różnej wielkości kawałki kamieni - wykopane wczoraj przez zespół dwadzieścia metrów od wewnętrznego kręgu Stonehenge. Chłopak obrzucił je wzrokiem, jednak nie dostrzegł niczego niezwykłego. Zwykłe odłamki głazów z wyrytymi w nich celtyckimi wzorami.
- Widzę... kamienie - powiedział niepewnie, zerkając na wujka.
Milton znowu pokręcił głową.
- Nie, nie, nic nie rozumiesz - Przejechał palcami po skomplikowanych wzorach z niemal nabożną czcią - Przyjrzyj się. Widzisz to - Zatrzymał dłoń na jednym z rysunków. Horace pochylił się, żeby lepiej widzieć. Przez lata żywioły zatarły kontury, ale mógł rozróżnić dość toporną podobiznę jakiegoś skrzydlatego stworzenia.
- No, Celtowie chyba lubili wzorki - zażartował.
Milton spojrzał na niego urażony.
- To nie są celtyckie wzory - wyjaśnił, cofając dłoń - Całe Stonehenge jest od nich o wiele, wiele starsze. To wszystko stworzyła wysoko rozwinięta cywilizacja, być może starsza nawet od egipskiej. Jeśli uda mi się rozszyfrować teksty z tych kamieni może w końcu dowiemy się, jak ludzie bez pomocy dźwigów i innych maszyn mogli stworzyć coś tak ogromnego.
Horace zamierzał już coś na to odpowiedzieć, gdy drzwi do namiotu się rozsunęły i wpadła przez nie przemoczona do suchej nitki Emma, asystentka Miltona, trzymając w ramionach podkładkę z jakimiś papierami. Dwudziestoparolatka odgarnęła z twarzy krótkie, brązowe loczki, uśmiechnęła się do Horace'a, a potem zwróciła do szefa:
- Panie profesorze, są jakieś problemy z mapami i profesor Kahoor prosi, żeby...
- Już idę - przerwał jej Milton, szybko zakładając płaszcz przeciwdeszczowi. Rzucił jeszcze do siostrzeńca szybkie: - Później porozmawiamy - i już go nie było. Odszedł razem z Emmą do głównego namiotu.
Horace tylko wzruszył ramionami. Spojrzał jeszcze raz na kamienie i dotknął tajemniczego wzoru, a potem odwrócił się, żeby dokończyć kolację. Nie zauważył, że podobizna poruszyła się, zatrzepotała skrzydłami i wygięła długą szyję, jakby zamierzała wydać z siebie donośny ryk.
Niedługo miał pożałować swojej ignorancji.
~*~
Horace obudził się w środku nocy, nie bardzo wiedząc dlaczego. Jednej chwili spokojnie spał, a w następnej siedział na łóżku z uwagą wpatrując się w nieprzeniknioną ciemność, panującą w namiocie. Słyszał cichy, równy oddech wujka, zwiniętego na pryczy pod przeciwległą ścianą i świst wiatru na zewnątrz, który wpadał do namiotu przez otwarte wejście.
Chłopak zadrżał i szybko owinął się kocem, żeby zatrzymać choć trochę cudownego ciepła. Po omacku sięgnął pod łóżko, by z plecaka wyjąć latarkę. W końcu udało mu się ją znaleźć i włączyć. Snop światła padł prosto na stół, gdzie leżały kamienie. Dosłownie leżały, bo już ich tam nie było.
Była za to smukła odziana w czerń postać, odwrócona do niego bokiem w stronę wyjścia, która zamarła w pół kroku, zerkając na niego kątem oka, błyszczącego jak szafir.
Przez chwilę nikt się nie ruszał. Horace nawet nie zauważył, że koc zsunął mu się z ramion pozwalając, by zimno zaczęło przenikać go do kości. A potem tajemnicza postać drgnęła i wypadła z namiotu jak strzała, nie patrząc nawet na chłopaka. Krzyknęła coś jeszcze w obcym języku, zanim rozpłynęła się w mroku. Horace nie zastanawiał się długo, tylko błyskawicznie wsunął buty na nogi i wybiegł z namiotu z prędkością, jakiej nie powstydziłby się Usain Bolt.
Postać była już w połowie drogi na wzgórze, gdzie znajdowały się kręgi. Horace mimowolnie zaczął się zastanawiać, jak ktoś może być tak szybki. Z własnego doświadczenia wiedział, że to fizycznie niemożliwe. Miał sporą wiedzę z zakresu biegania. A zwłaszcza uciekania.
- Hej! - krzyknął najgłośniej jak potrafił.
Postać zerknęła na niego przez ramię, a potem jeszcze bardziej przyspieszyła. I wtedy wydarzyło się coś, co dosłownie wbiło Horace'a w ziemię.
Z nieba spadł ogromny, ciemny kształt. Przemknął nad ziemią, wzbijając tumany kurzu i omal nie przewracając chłopaka. Postać jak gdyby nigdy nic podskoczyła, chwytając za łapę ogromne stworzenie, które natychmiast z powrotem wzbiło się w powietrze. Horace nie potrafił wydusić słowa. Z trudem doczłapał do miejsca, skąd zniknęła postać.
Na mokrej trawie leżał jeden z kamiennych fragmentów - ten, który pokazywał mu wujek. Po jego powierzchni przesuwały się wcześniej nieruchome wzory, teraz wyraźne i zachowujące się jak żywe.
- Jesteś głodny? - zapytał chłopak, nie zrażając się brakiem zainteresowania ze strony wujka i wyciągając z plastikowej torby kubek z gotowym spaghetti - Kupiłem trochę jedzenia.
Dopiero teraz Milton spojrzał na siostrzeńca zamglonym wzrokiem.
- To niesłychane - rzucił, jakby nie słyszał pytania Horace'a - To zupełnie bezprecedensowe odkrycie. Jeżeli te kamienie mówią prawdę, możemy na zawsze odmienić oblicze nauki i historii!
Mówił niezwykle przejęty, gęsto przy tym gestykulując. Horace wywrócił oczami, zalewając swoje spaghetti gorącą wodą z czajnika elektrycznego.
- Mówiłeś to już wczoraj. I przedwczoraj. I przedprzedwczoraj - stwierdził, siadając na swoim łóżku polowym i mieszając łyżeczką w kubeczku.
Milton pokręcił głową, poprawiając okulary zsuwające mu się z nosa.
- Tym razem to coś innego! - zaprotestował gorączkowo, chwytając siostrzeńca za ramię - Spójrz!
Horace westchnął ciężko, odłożył kubeczek na bok i pozwolił wujkowi zaciągnąć się do stołu, na którym leżały różnej wielkości kawałki kamieni - wykopane wczoraj przez zespół dwadzieścia metrów od wewnętrznego kręgu Stonehenge. Chłopak obrzucił je wzrokiem, jednak nie dostrzegł niczego niezwykłego. Zwykłe odłamki głazów z wyrytymi w nich celtyckimi wzorami.
- Widzę... kamienie - powiedział niepewnie, zerkając na wujka.
Milton znowu pokręcił głową.
- Nie, nie, nic nie rozumiesz - Przejechał palcami po skomplikowanych wzorach z niemal nabożną czcią - Przyjrzyj się. Widzisz to - Zatrzymał dłoń na jednym z rysunków. Horace pochylił się, żeby lepiej widzieć. Przez lata żywioły zatarły kontury, ale mógł rozróżnić dość toporną podobiznę jakiegoś skrzydlatego stworzenia.
- No, Celtowie chyba lubili wzorki - zażartował.
Milton spojrzał na niego urażony.
- To nie są celtyckie wzory - wyjaśnił, cofając dłoń - Całe Stonehenge jest od nich o wiele, wiele starsze. To wszystko stworzyła wysoko rozwinięta cywilizacja, być może starsza nawet od egipskiej. Jeśli uda mi się rozszyfrować teksty z tych kamieni może w końcu dowiemy się, jak ludzie bez pomocy dźwigów i innych maszyn mogli stworzyć coś tak ogromnego.
Horace zamierzał już coś na to odpowiedzieć, gdy drzwi do namiotu się rozsunęły i wpadła przez nie przemoczona do suchej nitki Emma, asystentka Miltona, trzymając w ramionach podkładkę z jakimiś papierami. Dwudziestoparolatka odgarnęła z twarzy krótkie, brązowe loczki, uśmiechnęła się do Horace'a, a potem zwróciła do szefa:
- Panie profesorze, są jakieś problemy z mapami i profesor Kahoor prosi, żeby...
- Już idę - przerwał jej Milton, szybko zakładając płaszcz przeciwdeszczowi. Rzucił jeszcze do siostrzeńca szybkie: - Później porozmawiamy - i już go nie było. Odszedł razem z Emmą do głównego namiotu.
Horace tylko wzruszył ramionami. Spojrzał jeszcze raz na kamienie i dotknął tajemniczego wzoru, a potem odwrócił się, żeby dokończyć kolację. Nie zauważył, że podobizna poruszyła się, zatrzepotała skrzydłami i wygięła długą szyję, jakby zamierzała wydać z siebie donośny ryk.
Niedługo miał pożałować swojej ignorancji.
~*~
Horace obudził się w środku nocy, nie bardzo wiedząc dlaczego. Jednej chwili spokojnie spał, a w następnej siedział na łóżku z uwagą wpatrując się w nieprzeniknioną ciemność, panującą w namiocie. Słyszał cichy, równy oddech wujka, zwiniętego na pryczy pod przeciwległą ścianą i świst wiatru na zewnątrz, który wpadał do namiotu przez otwarte wejście.
Chłopak zadrżał i szybko owinął się kocem, żeby zatrzymać choć trochę cudownego ciepła. Po omacku sięgnął pod łóżko, by z plecaka wyjąć latarkę. W końcu udało mu się ją znaleźć i włączyć. Snop światła padł prosto na stół, gdzie leżały kamienie. Dosłownie leżały, bo już ich tam nie było.
Była za to smukła odziana w czerń postać, odwrócona do niego bokiem w stronę wyjścia, która zamarła w pół kroku, zerkając na niego kątem oka, błyszczącego jak szafir.
Przez chwilę nikt się nie ruszał. Horace nawet nie zauważył, że koc zsunął mu się z ramion pozwalając, by zimno zaczęło przenikać go do kości. A potem tajemnicza postać drgnęła i wypadła z namiotu jak strzała, nie patrząc nawet na chłopaka. Krzyknęła coś jeszcze w obcym języku, zanim rozpłynęła się w mroku. Horace nie zastanawiał się długo, tylko błyskawicznie wsunął buty na nogi i wybiegł z namiotu z prędkością, jakiej nie powstydziłby się Usain Bolt.
Postać była już w połowie drogi na wzgórze, gdzie znajdowały się kręgi. Horace mimowolnie zaczął się zastanawiać, jak ktoś może być tak szybki. Z własnego doświadczenia wiedział, że to fizycznie niemożliwe. Miał sporą wiedzę z zakresu biegania. A zwłaszcza uciekania.
- Hej! - krzyknął najgłośniej jak potrafił.
Postać zerknęła na niego przez ramię, a potem jeszcze bardziej przyspieszyła. I wtedy wydarzyło się coś, co dosłownie wbiło Horace'a w ziemię.
Z nieba spadł ogromny, ciemny kształt. Przemknął nad ziemią, wzbijając tumany kurzu i omal nie przewracając chłopaka. Postać jak gdyby nigdy nic podskoczyła, chwytając za łapę ogromne stworzenie, które natychmiast z powrotem wzbiło się w powietrze. Horace nie potrafił wydusić słowa. Z trudem doczłapał do miejsca, skąd zniknęła postać.
Na mokrej trawie leżał jeden z kamiennych fragmentów - ten, który pokazywał mu wujek. Po jego powierzchni przesuwały się wcześniej nieruchome wzory, teraz wyraźne i zachowujące się jak żywe.
Wspaniały smok walczył na kamieniu z ogromnym wężem, którego ogromne cielsko wiło się w licznych splotach. Pod nimi gigantyczna jaszczurka, przypominająca warana, połykała maleńkich ludzi, kiwając się na wszystkie strony, gdy atakowały ją ciemne postaci, podobne do tych, jaką Horace widział na własne oczy.
Nagle smok odwrócił się i spojrzał prosto na chłopaka. Jego oczy rozbłysły na złoto, a powietrze przeciął donośny ryk.
Horace za późno zorientował się, że dobiega znad niego. Jedna ogromna łapa zacisnęła się wokół jego piersi, podczas gdy druga chwyciła ponownie nieruchomy kamień - ostre pazury pozostawiły w miękkiej ziemi trzy głębokie bruzdy.
Kiedy stopy chłopaka straciły nagle podparcie zaczął krzyczeć jak opętany. Nigdy nikomu się nie przyznał, ale od dziecka cierpiał na lęk wysokości. Kiedy miał sześć lat lubił się wdrapywać na drzewa - jako gówniarz nie przejmował się konsekwencjami swojego zachowania. Dopóki nie spadł z wielkiego klonu rosnącego przy jego ulicy i nie wylądował w szpitalu. Od tamtej pory bał się wejść nawet na drabinki w sali gimnastycznej.
To, co działo się w tej chwili było ucieleśnieniem jego najgorszych koszmarów. Pod stopami widział błyskawicznie oddalającą się ziemię, wiatr rozwiewał mu brązowe włosy, zagłuszając jego przerażone okrzyki. Fakt, że trzymała go pokryta łuskami, pazurzasta, żywa łapa z pewnością nie pomagał jego już i tak mocno nadszarpniętym nerwom - jeżeli ten stwór, który postanowił go porwać, postanowi również go puścić... Wolał o tym nie myśleć, więc postanowił chwycić się łapy, żeby zapewnić sobie choć trochę więcej bezpieczeństwa.
- Puszczaj mnie! - wrzasnął, wymachując nogami. Nie widział już ziemi.
Mógłby przysiąc, że stwór się zaśmiał, ale łapa mocniej zacisnęła się wokół piersi Horace'a, przyjemnie ciepła i miękka. Chłopak jęknął z rozpaczy.
Czuł, że to będzie długa noc.
~*~
Lot okazał się spokojniejszy, niż Horace się spodziewał. Przez większość czasu wsłuchiwał się w miarowy dźwięk skrzydeł tnących powietrze oraz bicie swojego serca. Kilka razy zdarzyło mu się zasnąć. Łapa była tak przyjemnie ciepła i miękka, że czuł się lepiej niż w swoim własnym łóżku.
Co jakiś czas próbował też zagadać do swojego porywacza:
- Hej, to dokąd lecimy?
- Zamierzasz mnie zjeść?
- Po co mnie porwałeś?
I tak dalej w tym stylu.
Właściwie, nie miał pojęcia, czy ten potwór w ogóle go słyszy. Co jakiś czas wydawał z siebie głęboki warkot i mocniej zaciskał łapę wokół piersi Horace'a, ale chłopak nie miał wątpliwości, że stwór rozumie angielski. Nie wiedział natomiast skąd wzięła się ta pewność.
Ostatecznie poddał się, kiedy zaczęło świtać. Jeszcze nigdy nie obserwował świtu z takiej perspektywy i teraz zaczął tego żałować. To był jeden z najwspanialszych widoków w jego całym życiu. Wyłaniające się zza horyzontu słońce rzucało na chmury światło, barwiąc je na złoto i czerwono, a niebo przybrało lekko pomarańczowy odcień, przy linii horyzontu przechodzący w intensywny róż.
Chłopak zmrużył lekko oczy. Całym sobą odczuł wibracje, które przeszły przez ciało trzymającego go stworzenia - jakby dreszcz ekscytacji.
To nie był dobry znak.
- Hej, co się dzieje?! - krzyknął, chociaż nie liczył na jakąkolwiek reakcję.
Ku jego zdziwieniu potwór wydał z siebie gardłowy pomruk, wyraźnie próbując go uspokoić. Łapa zacisnęła się mocniej wokół piersi chłopaka, wręcz obezwładniając swoim ciepłem. Horace ze zdziwieniem poczuł, jak niedawne zdenerwowanie ulatnia się z niego niemal natychmiast. Odprężył się, patrząc z dołu na podbrzusze stwora.
Właściwie, dlaczego nazywał go "stworem" lub "potworem"? Od początku przecież wiedział, czym tak naprawdę jest stworzenie, które go porwało.
Smokiem.
Było najprawdziwszym smokiem ze skrzydłami, długim ogonem, pyskiem wyposażonym w ostre niczym szable kły, osadzonym na giętkiej szyi oraz czterema masywnymi łapami zaopatrzonymi po trzy palce z pazurami u przednich oraz czterema u tylnych. W świetle dnia widział złoto brązową barwę jego twardych łusek i miodową błonę tworzącą skrzydła. Co kilkadziesiąt centymetrów na skórze znajdowały się twardsze wypustki, przypominające nieco ostre kamienie - wyglądały dość groźnie, na pewno dało się nimi poważnie zranić.
Właściwie, dlaczego nazywał go "stworem" lub "potworem"? Od początku przecież wiedział, czym tak naprawdę jest stworzenie, które go porwało.
Smokiem.
Było najprawdziwszym smokiem ze skrzydłami, długim ogonem, pyskiem wyposażonym w ostre niczym szable kły, osadzonym na giętkiej szyi oraz czterema masywnymi łapami zaopatrzonymi po trzy palce z pazurami u przednich oraz czterema u tylnych. W świetle dnia widział złoto brązową barwę jego twardych łusek i miodową błonę tworzącą skrzydła. Co kilkadziesiąt centymetrów na skórze znajdowały się twardsze wypustki, przypominające nieco ostre kamienie - wyglądały dość groźnie, na pewno dało się nimi poważnie zranić.
Horace nie mógł powstrzymać myśli, iż jest to jedno z najpiękniejszych - o ile nie najpiękniejsze - zwierząt, jakie kiedykolwiek widział. Smok zamruczał z aprobatą, jakby to usłyszał, co chłopakowi wydało się jednocześnie fascynujące i przerażające. Po chwili jednak zupełnie stracił tym zainteresowanie, bo chmury znacznie się przerzedziły i jego oczom ukazał się niesamowity widok.
W powietrzu, zupełnie przecząc prawom grawitacji unosiły się wyspy. Horace nawet z daleka mógł ocenić, że są naprawdę ogromne. Pierwsza z nich miała kształt okręgu, wokół niej lewitowało kilka mniejszych, a w samym jej centrum wznosiło się coś, co wyglądało jak połączenie pałacu z twierdzą i przywodziło chłopakowi na myśl te wszystkie tradycyjne, brytyjskie uniwersytety, zwłaszcza że pod nim wybudowano w podobnym stylu wiele innych budynków, z zachowaniem jednak tego samego stylu.
Te wyspy otaczała większa, przypominająca szeroki pierścień, na której wybudowano wspaniałe, kolorowe miasto, poprzecinane w kilku miejscach sporymi kanałami z przerzuconymi nad nimi mostami, wyglądającymi jak z ekranizacji filmów Tolkiena, jakby zbudowały je elfy. Woda z tych kanałów spływała po obu stronach wyspy jako majestatyczne wodospady - ale zamiast spadać na ziemię znikała po kilkuset metrach, zamieniając się w parę i nie wyglądało na to, aby się kończyła.
Następne, co zwróciło uwagę Horace'a to latające wszędzie wokół smoki. Były różnych rozmiarów, kolorów i kształtów. Niektóre małe i zwinne, o jasnych barwach, przemykały między chmurami, a inne, większe i masywniejsze, krążyły nad wyspami, niczym stróże. Kiedy znalazł się bliżej mógł stwierdzić, że na każdym z nich siedzi w siodle człowiek.
"Co to za miejsce?", pomyślał Horace, podczas gdy niosący go smok skierował się ku środkowej wyspie, obniżając lot. Znajdował się tak nisko, iż chłopak mógł stopami dotknąć dachów budynków, a krążący między nimi ludzie - w różnym wieku, narodowości i obojga płci - pokazywali go sobie palcami, po czym zaczynali biec w stronę, w którą najwyraźniej zmierzał również smok.
Nagle znaleźli się nad dość sporą wolną przestrzenią. Smok zawisł w powietrzu trzy metry nad ziemią, wzniecając tumany kurzu i jakby nigdy nic upuścił Horace'a. Chłopak krzyknął, zanim uderzył w twardy kamień z siłą, która wydarła mu całe powietrze z płuc. Obok niego wylądował kamień, który zabrał smok - Horace zdążył o nim zupełnie zapomnieć. Płaskorzeźby na nim już się nie ruszały, ale nadal były niesamowicie wyraźne i szczegółowe. Chłopak powstrzymał chęć, by ich dotknąć.
Smok wylądował, składając skrzydła, a Horace po raz pierwszy mógł mu się uważnie przyjrzeć. Miał długi, niezwykle smukły pysk. Z miękkich nozdrzy unosiły się ledwo zauważalne smużki dymu, gdy nimi poruszał, obwąchując nowe miejsce. Z tyłu głowy wyrastały dwa dość spore rogi, a nad bursztynowymi oczami znajdowały się wypustki, podobne do tych na reszcie jego ogromnego cielska. Lekko uniósł wargi, odsłaniając śnieżnobiałe kły. Skrzydła idealnie przylegały do jego boków. Poruszał ogonem, z niezwykłą uwagą obserwując Horace'a - wydawał się mu bardzo inteligentny, niemal jak człowiek. Chłopak z trudem odwrócił od niego wzrok, by rozejrzeć się po miejscu w jakim się znajdował.
Był to plac przed pałacem, który zauważył wcześniej. Miał jakieś sto na sto metrów, a pośrodku na postumencie stał marmurowy posąg smoka z oczami z rubinów. Od placu odchodziło mnóstwo dróg, z których teraz wylewali się tłumnie ludzie. Większość, głównie nastolatkowie, ubrana była w podobny sposób - proste brązowe spodnie, wysokie skórzane buty, jak do jazdy konnej, oraz kamizelki narzucone na kremowe koszule. To właśnie oni patrzyli na toczącą się przed nimi scenę z największą ciekawością.
Horace stęknął i podniósł się, lekko zataczając. Udało mu się ustać na nogach, a wtedy ogromne, dziesieciometrowe drzwi pałacu otworzyły się z zadziwiającą łatwością i przeszły przez nie dwie kobiety, szybko kierując się w jego stronę. Ta idąca na przedzie była zdecydowanie młodsza, miała długie ciemne włosy, związane w prosty wrkocz, królewskie rysy twarzy, złote oczy i ubrana była tak samo jak nastolatkowie, jednak zupełnie na czarno, a na jej kamizelce wyszyto srebrną i złotą nicią skomplikowane wzory. Szła pewnie i stanowczo, przy każdym kroku szabla wisząca przy jej boku podskakiwała lekko. Mogła mieć nie więcej, niż trzydziesci lat.
Natomiast druga była stara. Wyglądała jak bardzo groźna nauczycielka ze swoim srogim wyrazem twarzy. Przypominała nieco drapieżnego ptaka, a wrażenie to potegowały siwe, jednak gęste włosy spięte w ciasnego koka na czubku jej głowy, przytrzymywane przez wymyślną spinkę w kształcie węża, ozdobioną dodatkowo kryształami. Miała dość pokaźną tuszę, ale szła zadziwiająco szybko i płynnie, obcasy butów skryte pod długa ciemnozieloną spódnicą sukni wybijały równy rytm na bruku. Przyglądała się Horace'owi intensywnie zielonymi oczami, sprawiając, że nagle poczuł się jeszcze mniej pewnie.
W końcu stanęły przed nim. Kobieta ubrana na czarno uśmiechała się do niego przyjaźnie - usta miała poprawione intensywnie bordową szminką. Druga nie wyglądała na zbytnio zachwyconą jego widokiem, ale jakby się o coś martwiła. Horace bardziej usłyszał niż zobaczył, jak tłum porusza się, czekając na rozwój wydarzeń. Chłopak odezwał się pierwszy.
- Gdzie ja jestem? Kim wy jesteście?
W oczach czarnowłosej pojawiły się iskierki rozbawienia. Wyciągnęła bladą dłoń w stronę chłopaka.
- Jestem mistrzyni Ceira Nightblood - przedstawiła się. Miała spokojny, dźwięczny głos - A to mistrzyni Sora.
Horace uscisnął jej dłoń.
- Horace Thompson - odparł - Czy możesz mi powiedzieć, gdzie ja do cholery jestem? I dlaczego porwał mnie smok? Jakim cudem on w ogóle istnieje?
Mistrzyni Sora sapnęła zirytowaną.
- Młody człowieku, trochę kultury, mówisz do mistrzyni - zganiła go.
Ceira roześmiała się.
- Och, to nic takiego, naprawdę - rzuciła - Horace jest tu nowy i pewnie zdezorientowany. Myślę, że możemy mu wybaczyć ten nietakt, nie sądzisz Soro? - Zwróciła się do chłopaka - Mój drogi, znajdujesz się w jednym z najpiękniejszych miast w tym świecie, naszej stolicy, Mieście Smoków, na terenie Akademii Jeźdźców, do której przyprowadził cię twój smok, byś mógł odkryć swoje przeznaczenie.
Horace gapił się na kobietę bez słowa, zastanawiając się, czy aby to wszystko mu się nie śni i naprawdę znajduje się w namiocie z chrapiącym wujkiem, i czy mógłby się już z tego dziwnego, pokręconego snu obudzić. Nie było mowy, że to wszystko jest realne. Na próbę przygryzł mocno, aż do krwi, wewnętrzną stronę policzka, jednak wbrew oczekiwaniom nie wrócił do łóżka, tylko przysporzył sobie bólu.
- To nie jest jakaś ukryta kamera, co nie? - upewnił się.
Ceira pokiwała głową.
- Och, obawiam się, że nie - odparła nie przestając się uśmiechać - Może porozmawiamy w środku? Twój smok będzie musiał tutaj niestety zostać.
- Dlaczego zawsze mówisz "twój smok" - mruknął - On nie należy do mnie. Jak może należeć?
To najwyraźniej wyjątkowo rozbawiło obie mistrzynie, bo wybuchnęły śmiechem. Po chwili Ceira uspokoiła się i położyła Horace'owi dłoń na ramieniu, popychając go lekko w stronę nadal otwartych wrót pałacu. Dopiero teraz zauważył, że była również zimna - z jej ciała promieniował nienaturalny chłód. Wzdrygnął się, ale pozwolił prowadzić. Na moment zerknął jeszcze przez ramię, by zobaczyć jak mistrzyni Sora podnosi z ziemi kamień i rozpędza tłum. Przeniósł spojrzenie wyrzej, by zobaczyć przyglądającą mu się parę bursztynowymi oczu. Dostrzegł w nich troskę.
Ceira przeprowadziła go przez próg i znaleźli się w ogromnej sali, podtrzymywane przez tuzin smukłych kolumn. Wszystko było niesamowicie jasne oraz czyste, a na łukowato sklepionym suficie namalowano wymyślne freski, najczęściej przedstawiające smoki. Wszędzie wokół kręcili się ludzie, a nawet kilka mniejszych gadów. Horace szybko określił wielkość pomieszczenia na połowę wielkości placu, a wysokość na jakieś dwadzieścia metrów. Na samym końcu sali znajdowały się szerokie schody, prowadzące na kolejne piętro.
- Będziemy mogli w spokoju porozmawiać w moim prywatnym gabinecie - powiedziała Ceira, puszczając ramię Horace'a - A potem spotkasz się z dyrektorem.
Chłopak nie odpowiedział, bo w tym momencie dostrzegł w tłumie osobę, której zupełnie nie spodziewał się zobaczyć. Zamarł, gapiąc się na nią, dopóki ona również go nie zauważyła, a wtedy zawołał, przekrzykując panujący wokół gwar:
- Marina?!
Dziewczyna wytrzeszczyła na niego oczy, a potem ruszyła w jego stronę. To z pewnością była Marina Thompson, starsza o dwa lata kuzynka Horace'a, córka wujka Miltona. Widywał ją co jakiś czas, gdy odwiedzała swojego ojca w ich niewielkim mieszkanku na przedmieściach Vegas, a oprócz tego na licznych starych fotografiach - doskonale pamiętał jak wygląda.
Miała bardzo dziewczęcą, okrągłą twarz o ostrym podbródku, pełnych ustach i długim nosie. Jej oczy były barwy burzowych chmur, a włosy - układające się w naturalne fale - jasnego blondu. Na sobie miała identyczny strój jak nastolatkowie na zewnątrz, ale kołnierzyk jej kamizelki był ognistoczerwony.
- Co ty tu robisz? - zapytała mocno zaskoczona, kiedy stanęła o dwa kroki od kuzyna. Nawet nie zwróciła uwagi na stojące za nim mistrzynie.
Horace wzruszył ramionami, wciskając dłonie w kieszenie dresów. Nadal miał na sobie strój, w którym chodził spać.
- Sam chciałbym wiedzieć - mruknął.
- Marino, czy znasz tego chłopca? - odezwała się ostro mistrzyni Sora.
Marina wzdrygnęła się lekko, przenosząc na nią wzrok i skinęła głową.
- To mój kuzyn - wyjaśniła, a potem nagle szerzej otworzyła oczy, gdy zdała sobie z czegoś sprawę - Został wybrany?!
- Chodźmy do mojego gabinetu - powiedziała Ceira - Tutaj jest za dużo osób. Ty także możesz iść z nami, Marino.
Dziewczyna rzuciła kuzynowi ostatnie zaskoczone spojrzenie, zanim ruszyła szybko za mistrzyniami w górę schodów. Horace chcąc nie chcąc pobiegł za nimi.
- Co tu się do cholery dzieje? - syknął w stronę kuzynki.
Marina zacisnęła usta w wąską linię.
- Jaki smok cię tu przyprowadził? - Zignorowała jego pytanie.
Przechodzili właśnie szerokim korytarzem, po obu stronach znajdowały się ciężkie drzwi z ciemnego drewna. Niektóre były otwarte i Horace mógł zobaczyć wnętrza znajdujących się za nimi pomieszczeń. Większość przypominała sale wykładowe, w niektórych siedzieli nastolatkowie zapisując informacje wyświetlające się na zadziwiająco nowoczesnych, jak na to miejsce, tablicach interaktywnych.
- Brązowy, złote oczy, długi pysk - odparł chłopak.
Marina westchnęła cicho, jakby była przerażona.
- Miałeś ze sobą któryś z kamieni że Stonehenge, jeden z tych, które odkopał tata.
Horace uniósł brwi. Nie zabrzmiało to jak pytanie.
- Skąd wiesz? I co to ma do rzeczy?
Marina spojrzała na niego że śmiertelnie poważnym wyrazem twarzy.
- Nikomu masz o nim nie mówić. Nawet Mistrzom. A zwłaszcza nim. W razie potrzeby kłam, tylko nie mów, że go dotykałeś, i że płaskorzeźby się poruszyły. Rozumiesz?
Horace niepewnie skinął głową. Marina wyraźnie wiedziała więcej na temat tego, co mu się przytrafiło, niż chciała powiedzieć. Coś ukrywała.
W końcu stanęli przed drzwiami, na których wyrzeźbiono skomplikowane wzory. Dopiero po chwili chłopak zorientował się, że przedstawiają tysiące splecionych ze sobą węży i smoków, jakby walczyły. Był to dość upiorny obraz, zwłaszcza, iż oddano go w najdrobniejszych szczegółach. Niemal poczuł, jak obok niego Marina spina się na widok tych drzwi.
Mistrzyni Ceira odwróciła się do nich z uśmiechem. Jej złote oczy lśniły niczym monety. Nacisnęła klamkę i otworzyła drzwi.
- Zapraszam do mojego gabinetu.
Ciąg dalszy nastąpi...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz