czwartek, 2 marca 2017

II

 Pytania i odpowiedzi

Marina już wiele razy odwiedzała gabinet mistrzyni Ceiry, ale za każdym razem zaskakiwało ją, jak bardzo różni się on od wyglądu zewnętrznego kobiety.
Był duży, przestronny i jasny. Kamienne ściany pomalowano na perłową biel, dodatkowo optycznie powiększającą pomieszczenie, do którego przez wysokie okna wpadało światło poranka - ciepłe i przyjazne. Na samym środku znajdowało się sporych rozmiarów biurko z dębowego drewna, zdające się jednocześnie ciężkie i masywne oraz, dzięki bogatym rzeźbieniom, delikatne i kruche. Za nim, tyłem do okien, stało wysokie krzesło, pasujące do niego, obite delikatnym złotym materiałem. Dwa kolejne, już nieco mniejsze i bardziej skromne, ustawiono naprzeciwko.
Całą jedną ścianę, na lewo od wejścia, zajmowały półki i regały, wypełnione książkami. Ilekroć Marina miała okazję na nie popatrzeć wzdychała lekko, widząc taką ich różnorodność. Niektóre mogły mieć setki lat, ale dzięki magii nadal pozostawały równie piękne, co w dniu ich napisania. Dziewczyna musiała się powstrzymywać, by nie wziąć którejś do ręki - mistrzyni Ceira nikomu nie zezwalała na pożyczanie jakiegokolwiek z woluminów, nawet jeżeli było to jedynie najnowsze wydanie Harry'ego Pottera.
Nie stanowiło dla nikogo w Akademii tajemnicy, że Marina kocha książki.
W ścianie naprzeciwko zamontowano sporych rozmiarów kominek, w którym pomimo wczesnej pory wesoło trzaskał czerwony ogień. Nad nim wisiał ogromny obraz przedstawiający wspaniałego, smukłego smoka o czarnych łuskach, lecącego przez chmury - namalowała go sama mistrzyni Ceira, gdy jeszcze uczyła się w Akademii. Był to jej smok z gatunku królewski szponiasty, o imieniu Cień.
Był to jedyny taki smok w całej Akademii. Królewskie rzadko miały czarną barwę łusek, a w takich wypadkach budziły ogromny strach. Według legend czarne królewskie były zwiastunami śmierci oraz zniszczenia. Ich pojawienie się odbierano, jako bardzo zły omen. Dlatego też tak bano się mistrzyni Ceiry, jedynego znanego Jeźdźca czarnego królewskiego.
Marina wzdrygnęła się lekko i odwróciła wzrok od obrazu, by skupić się na swoim kuzynie, który stał pośrodku gabinetu rozglądając się wokół z miną wyrażającą absolutną konsternację. Gdy ostatni raz go widziała miał ledwie trzynaście lat i musiała przyznać, że czas zdecydowanie mu służył. Był wysoki, smukły i lekko umięśniony, najwyraźniej w końcu zainteresował się sportem; zawsze uważała, iż ma predyspozycje do koszykówki, jak większość członków ich rodziny. Nadal miał na sobie spodnie od dresu oraz starą koszulkę z logo Metalliki, do tego trampki - pewnie został wyciągnięty z łóżka - a brązowe włosy sterczały mu na wszystkie strony. Okulary trochę się przekrzywiły podczas upadku, ale najwyraźniej nie zamierzał ich poprawiać.
Zdawał się zupełnie opanowany, jakby sytuacja, w której się znalazł była najzupełniej normalna, ale Marina w jego spojrzeniu widziała niepokój, strach, zdenerwowanie; dłonie lekko mu się trzęsły i nerwowo splatał ze sobą palce. Starał się otwarcie nie rozglądać po gabinecie, a przede wszystkim nie patrzeć na mistrzynie Ceirę oraz Sorę - ta ostatnia zajęła miejsce przy drzwiach, niczym srogi, milczący strażnik.
- Może usiądziecie?
Marina oderwała spojrzenie od Horace'a i z powrotem skupiła się na mistrzyni Ceirze, którą usiadła już w swoim fotelu za biurkiem. Dziewczyna skinęła głową, a potem przycupnęła na skraju jednego z dwóch wolnych krzeseł. Horace z pewnym ociąganiem zrobił to samo.
Ceira uśmiechnęła się - miała zadziwiająco ciepły uśmiech, jak na kogoś tak przerażającego.
- Czy chcecie herbaty? - zapytała, patrząc raczej na Horace'a niż Marinę.
Chłopak pokręcił głową. Mistrzyni tylko wzruszyła ramionami.
- To twój wybór, ale ja chętnie się napiję - stwierdziła, sięgając po coś do szuflady biurka. Marina wiedziała, że znajduje się tam mały dzwoneczek, dzięki któremu mogła dać znać kucharzom, iż czegoś od niech potrzebuje.
Jak wiele przedmiotów w Akademii również ten dzwonek był magiczny. Znajomość zaklęć nie należała do najpowszechniejszych umiejętności, mogli się nimi posługiwać jedynie Jeźdźcy, a i to w różnym stopniu. Tylko dla elfów magia stanowiła coś naturalnego, czego nie musieli się uczyć.
Gdy dowiedziała się o ich istnieniu, drugiego dnia po tym, jak została Wybrana przez swoją smoczycę, z początku nie mogła w to uwierzyć. Została wciągnięta do świata fantazji, a nie wierzyła w istnienie elfów - teraz myślała o tym, jakby świat postanowił sobie z niej zażartować. Zmieniła swoje zdanie, kiedy na własne oczy zobaczyła jednego z nich, opiekującego się młodymi smokami w miejscu, nazywanym przez wszystkich Przedszkolem. Mówił do nich w dziwnym, świszcząco-melodyjnym języku, którego nie rozumiała. Później starsi adepci wyjaśnili jej, że to starodawny język elfów, od dawna nie używany, bo niezrozumiały dla kogoś, kto nie ma elfickiej krwi. 
Od tamtego czasu dowiedziała się o elfach wystarczajaco wiele, by pomimo początkowego zafascynowana trzymała się od nich z daleka - nie potrzebowała kłopotów w jakie mogłaby się wplątać, narażając się im.
Drzwi do gabinetu otworzyły się i wszedł przez nie chłopiec, na oko jedenastoletni, niosący niewielką tackę, na której stała porcelanowa filiżanka z parującą herbatą. Marina znała go, miał na imię Jon i jego matka pracowała w kuchni jako piekarka. Oboje pochodzili z Miasta, tak jak większość pracowników Akademii - ich rodziny mieszkały w nim od pokoleń, być może nawet od jego powstania. Według historii oraz wierzeń Jeźdźców, najprawdopodobniej pochodzili od Wybranych, których smoki zmarły, co sprawiło, że inne nigdy nie wybrały ich potomków. Było to naprawdę okropne, Marina nie miała pojęcia jak muszą się czuć, mieszkając tak blisko smoków i nie mogąc się z nimi Wiązać. Przeczytała kiedyś biografię człowieka, pochodzącego z takiej właśnie rodziny - mówił, że czasami tęsknota jest nie do zniesienia i z tego powodu najsłabsi często popełniają samobójstwa.
Miasto zamieszkiwały rody, naznaczone śmiercią, Przekleństwem Więzi.
Jon podszedł do biurka i postawił na nim tacę. Mistrzyni Ceira uśmiechnęła się do niego, podziękowała, a chłopczyk radośnie wybiegł z gabinetu. Mistrzyni Sora zamknęła za nim drzwi.
Marina cierpliwie czekała, aż Ceira skończy swój dziwny rytuał picia herbaty - nie do końca rozumiała, po co mitrzyni właściwie to robi - podczas gdy Horace nerwowo zaciskał dłonie na podłokietnikach krzesła. Zmarszczył brwi.
- Pije pani herbatę jak Brytyjka - odezwał się, po raz pierwszy od chwili, gdy weszli do gabinetu.
Mistrzyni Ceira uśmiechnęła się do niego.
- Mieszkałam kiedyś na wyspach - odparła - Niektóre zwyczaje postanowiłam utrzymywać również tutaj - Upiła łyk herbaty, zanim ponownie się do niego zwróciła: - A więc skąd jesteś Horace?
Chłopak zawahał się.
- Z Nevady - odpowiedział - Ale moja rodzina pochodzi z Anglii.
Tutaj zerknął na Marinę, która pokiwała głową. Ich dziadkowie przenieśli się do Stanów Zjednoczonych po II wojnie światowej, mieli wtedy po kilkanaście lat, ale do końca życia z dumą mówili o sobie, jako o Brytyjczykach. Tak też wychowywali swoje dzieci, a one własne, dlatego Marina i Horace mieli bardzo mocny akcent oraz mentalność mieszkańców Wysp Brytyjskich. Ona w nieco mniejszym stopniu, ponieważ przez większą część życia mieszkała z mamą, Seleną, w Lizbonie, stolicy Portugalii.
- Rozumiem - Mistrzyni Ceira pokiwała głową. - Czyli zostałeś Wybrany będąc w domu?
- Nie - Horace zaprzeczył bez wahania. - Byłem razem z wujkiem w Salisbury. Jego grupa prowadzi wykopaliska pod Stonehenge. - Zmarszczył lekko brwi. - Pokazywał mi jakieś kamienie... Widziałem je później tutaj, na placu.
- One nie są teraz ważne - wtrąciła mistrzyni Sora beznamiętnie.
Marina podejrzewała, że jest zupełnie odwrotnie - wszystko, co przynosiły ze sobą smoki było ważne. Zanotowała w myślach, by wypytać o nie później Horace'a i sprawdzić je w bibliotece.
Ceira skinęła głową, zgadzając się z jej słowami.
- Masz rację, droga Soro - stwierdziła - Najważniejsze jest teraz, byś zrozumiał Horace, gdzie dokładnie się znajdujesz.
- Mówiłaś coś o jakimś Mieście Smoków? - mruknął chłopak, zakładając ramiona na piersi - I Akademii?
- Och, to tylko potoczne nazwy - odparła mistrzyni - Prawdziwe są o wiele za trudne do wymówienia. Ale tak, znajdujesz się na terenie Akademii Jeźdźców w Mieście Smoków, inaczej zwanym również Mistem Pośród Chmur lub Miastem Chmur.
Marina mogłaby przysiąc, że Horace wymamrotał pod nosem "Jakie oryginalne", na co prawie się roześmiała. W obecności mistrzyń pozwoliła sobie jedynie na ledwie dostrzegalny uśmiech.
Ceira urwała na moment, jakby rozważała swoje kolejne słowa, choć było oczywiste, że wie dokładnie, co ma powiedzieć - podobne rozmowy przeprowadzała już wiele razy.
- Tak, masz rację, ale to tylko nazwy - powiedziała w końcu, a Horace drgnął, wyraźnie zaskoczony tym, że mistrzyni usłyszała jego komentarz. - Ważniejsze jest, jakie miejsca się za nimi kryją.
Horace zarumienił się lekko.
- Rozumiem - mruknął, a po chwili dodał niepewnie - A więc co to za miejsca?
Ceira uśmiechnęła się.
- Kryjówka. Schronienie. - odparła - Bezpieczne miejsce. Szkoła. Dom. To zależy od tego, kto czego potrzebuje. Czego ty potrzebujesz.
Marina obserwowała, jak twarz kuzyna zastyga w wyrazie niepewności, połączonym z lękiem oraz ciekawością. 
- Może masz jakieś pytania? - zapytała, pragnąc mu pomóc.
Horace spojrzał na nią, jakby dopiero teraz zdał sobie sprawę, że koło niego siedzi.
- Smoki - powiedział pewnie - Chcę wiedzieć, o co chodzi ze smokami? Jakim cudem istnieją? Skąd się wzięły? Czemu jeden z nich mnie tutaj przyniósł? - Zmarszczył brwi. - I jak teraz o tym pomyślę: skąd się tu do cholery wzięłaś?! Myślałem, że cały czas jesteś w Lizbonie z ciocią Seleną.
Marina spuściła wzrok na swoje dłonie.
- Możemy o tym ostatnim porozmawiać później... na osobności - zaproponowała.
Horace wyglądał, jakby zamierzał się kłócić, ale nie pozwoliła mu na to mistrzyni Sora, która odezwała się nagle:
- Zostałeś jednym z Wybranych.
Wszystkie spojrzenia skierowały się w jej stronę, więc kontynuowała:
- Tak nazywamy ludzi, których smoki wybrały na swoich Jeźdźców. - Zmierzyła go stalowym spojrzeniem. - Co jeszcze nie oznacza, że nim będziesz.
- Soro, nie strasz chłopaka - zganiła ją Ceira, zanim zwróciła się do Horace'a - Na razie nikt nie sprawdza twojej potencjalnej kandydatury na Jeźdźca. Chcemy na razie wyjaśnić ci podstawowe zasady, jakimi kieruje się nasz świat, teraz także twój, byś mógł dokonać świadomego wyboru.
- Jakiego wyboru? - zdziwił się chłopak.
- Czy będziesz chciał zostać - wyjaśniła cicho Marina.
Od czasu, gdy przebywała w Akademii, tylko dwa razy zdarzyło się, że ktoś odmówił. Pamiętała to bardzo dokładnie, zwłaszcza Ceremonię Odejścia, podczas której modyfikowano pamięć takiej osobie, by to wszystko uznała za sen, wytwór wyobraźni. Za każdym razem chciało jej się płakać i miała mdłości - nie potrafiła zrozumieć, jak można tak po prostu odrzucić Więź ze smokiem, jakby to nic nie znaczyło. Było to coś absolutnie potwornego oraz chorego. Nikt otwarcie tego nie przyznawał, ale większość Adeptów i Nauczycieli myślała podobnie. Jedynie zdanie mistrzów na ten temat pozostawało tajemnicą.
- Więc mogę odmówić i wrócić do domu? - upewnił się Horace - Tak po prostu?
- Jeżeli tego chcesz - potwierdziła mistrzyni Ceira.
Horace umilkł na moment, patrząc na coś za oknem. Wydawał się zupełnie zaabsorbowany własnymi myślami, a potem potrząsnął głową.
- Nie, zamierzam zostać - stwierdził z absolutną pewnością w głosie - Ja... Ten smok... Nie mógłbym go zostawić.
- Chociaż nadal nie rozumiem, jakim cudem on istnieje - dodał po chwili.
- Och, to całkiem proste - odparła mistrzyni Ceira - Są takimi samymi zwierzętami, jak na ten przykład psy czy koty, choć niewątpliwie o wiele od nich starszymi, jako rasa, i na pewno bardziej niż one inteligentnymi. Można powiedzieć, że niemal tak jak ludzie, oczywiście na sposób, którego my nie potrafimy w pełni pojąć. - Zastanawiała się przez moment. - Istnieje kilka teorii, skąd smoki wzięły się w naszym świecie, ale według naszej wiedzy pojawiły się mniej więcej w okresie, kiedy era dinozaurów chyliła się ku końcowi. Podejrzewamy również, że w pewien sposób są z nimi spokrewnione.
- Jak ptaki - dopowiedział Horace.
Ceira pokiwała głową zadowolona.
- Dokładnie - potwierdziła - Istnieje wiele gatunków smoków, żyją na wszystkich kontynentach w tym na Antarktydzie, oraz w morzach i oceanach. Ten, który cię tu przyniósł to amerykański smok długopyski, jeden z najrzadziej występujących na świecie.
- I każdy tu ma smoka? - zapytał Horace.
- W Akademii? Tak. Ale nie wszyscy są w stanie wytworzyć z nimi Więź. To ludzie, mieszkający w mieście. - wyjaśniła Sora - Ich przodkowie byli Jeźdźcami, więc nie działa na nich magia ukrywająca, tak jak na zwykłych ludzi. Musieliśmy... znaleźć inne wyjście.
Marina mocno zacisnęła zęby, z trudem powstrzymując się od komentarza. Tak, sporo osób uważało Miastowych za problem, który trzeba jak najszybciej rozwiązać. Co oczywiście nie przeszkadzało Jeźdźcom w korzystaniu z ich usług.
Dawno nie doświadczyła takiej hipokryzji, jak właśnie u Jeźdźców.
- Chyba rozumiem - stwierdził Horace niepewnie.
- To dobrze - rzuciła Ceira - Niestety, nie zostało nam zbyt wiele czasu, nim będziesz musiał spotkać się z Dyrektorem, więc czy masz jeszcze jakieś pytania?
- Kim tak dokładnie jesteście? - wypalił bez zastanowienia - O co chodzi z tymi "jeźdźcami"? Czym jest więź? Czego uczycie w tej całej "akademii"? Po co ona w ogóle istnieje? I jak to działa, że te wyspy... że one latają?
Ceira pokiwała że zrozumieniem głową. Marina spodziewała się, że odpowie choćby na jedno z pytań Horace'a, ale zamiast tego spojrzała wyczekująco na dziewczynę swoimi złotymi oczami, które przyprawiały ją o ciarki.
- Marino, a może ty wyjaśnisz kuzynowi, czym się tu zajmujemy? - zapytała, ale równie dobrze mogłaby wydawać rozkaz.
Marina wytrzeszczyła na nią oczy, jednak nie zaprotestowała. Odchrząknęła, czując na sobie uważne spojrzenia obu obecnych w pomieszczeniu mistrzyń.
- Jeźdźcy są naprawdę starzy - zaczęła - I od początku mieli jedną funkcję. - Urwała na moment, by upewnić się, że Horace słucha jej z uwagą. - Za wszelką cenę chronić smoki.
Kuzyn posłał jej zaskoczone spojrzenie.
- Nie sądziłem, że gady, które zioną ogniem potrzebują ochrony - powiedział sceptycznie.
- Oczywiście, że jej potrzebują! - odparła Marina i zaczęła mówić o tym, o czym wiedziała najwięcej: - Smoki doskonale radzą sobie w dowolnym środowisku, w jakim się znajdą. Są mistrzami przetrwania, dostosowują się do nowych warunków w bardzo szybkim tempie. Nie mają problemów z innymi gatunkami, bo tak jak zauważyłeś są "ziejącymi ogniem gadami". Oprócz jednego. I ten gatunek sam siebie nazwał człowiekiem. - Pozwoliła Horace'owi na przyswojenie sobie tej informacji, nim kontynuowała: - Pomyśl, gdyby ludzie dowiedzieli się o istnieniu smoków zapanowałby chaos. Zaczęto by na nie polować, zabijać, jak działo się to w średniowieczu. Już teraz są prawie na wymarciu, a wiesz jak człowiek wybił wiele innych gatunków. Nie możemy na to pozwolić.
- Więc wmawiacie światu, że one nie istnieją? - Horace uniósł brwi. - Jak?
- Magia - odparła Marina - Oraz trochę fałszywych informacji wypuszczanych do mediów. Wbrew pozorom w dzisiejszych czasach jest to łatwiejsze, niż się wydaje. Zwykli ludzie uwierzą w każde wytłumaczenie, pod warunkiem, że jest logiczne i nie ma nic wspólnego z magią czy czarami.
Horace nie wyglądał na przekonane go, ale nie drążył tematu. Zamiast tego zapytał:
- Powiedziałaś "normalni". Co to znaczy? 
- Nie każdy może widzieć smoki tak jak my - wyjaśniła Marina - To jakieś uwarunkowanie genetyczne, które... - Urwała, zerkając na mistrzynie. Nie była pewna, czy może powiedzieć kuzynowi o elfach. W Akademii każdy o ich istnieniu dowiadywał się sam. - Zresztą, to na razie nieważne. Chodzi o to, że smoki wyczuwają takie osoby i to właśnie one mogą zostać Jeźdźcami. Każdy smok wybiera jednego, nie do końca wiadomo na jakiej zasadzie. Po prostu ta osoba jest dla niego... wyjątkowa.
- Czyli jestem wyjątkowy, bo jakiś gen sprawił, że widzę smoki? - upewnił się Horace.
- Mniej więcej - potwierdziła Marina - Ale zdarza się, że zwyczajni ludzie też mogą widzieć smoki. Według naszej wiedzy są potomkami słynnych czarnoksiężników i czarodziejek: Merlina, Kirke...
- Ło, ło, ło, chwileczkę - Horacy ułożył dłonie w znak "timeout". - To czarnoksiężnicy też istnieją?
- Istnieli - poprawiła go kuzynka - Obecnie nie ma osób, zdolnych posługiwać się magią, które nie byłyby Jeźdźcami. Większość z tych rodów wygasła lub weszła w związki z rodzinami Jeźdźców. Dlatego stworzono czary ukrywające.
Chłopak wziął głęboki oddech i w końcu drżącymi dłońmi poprawił okulary.
- Chyba... Chyba potrzebuję trochę czasu. Żeby to wszystko ogarnąć. - wymamrotał.
Mistrzyni Ceira skinęła głową ze zrozumieniem.
- Oczywiście, to wszystko musi być dla ciebie bardzo przytłaczające - Zerknęła na ogromny zegar wiszący nad drzwiami, o którym Marina zdążyła zupełnie zapomnieć. - Sądzę, iż tyle informacji na razie powinno wystarczyć. Reszty dowiesz się na lekcjach z historii Akademii oraz od przydzielonego ci Przewodnika. A teraz powinniśmy już iść do Dyrektora. Niestety, ale jego gabinet znajduje się w zupełnie innym skrzydle budynku, więc czeka nas długi spacer. Z plusów to przynajmniej, Horace, zobaczysz trochę Akademii. Soro, moja droga, czy możesz prowadzić?
Starsza mistrzyni skinęła głową, a potem wszyscy wyszli z gabinetu. Przez całą drogę Sora milczała, podczas gdy Ceira z szerokim uśmiechem opowiadała, przez jakie sale, korytarze i komnaty właśnie przechodzą. Horace zdawał się słuchać jej z zainteresowaniem, jednak Marina widziała, że myślami jest zupełnie gdzieś indziej. Ożywił się na moment, kiedy przez jedno z wysokich okien zobaczył wyspę, nad którą krążyło mnóstwo smoków.
- To stajnie - wyjaśniła mu Marina szeptem - Tam mieszkają smoki i odbywają się niektóre lekcje. Zaprowadzę cię do nich po spotkaniu z Dyrektorem.
Co jakiś czas mijali ich inni Adepci, a także Profesorowie, którzy witali się uprzejmie (bądź ze strachem) z mistrzyniami i rzucali zaciekawione spojrzenia na Horace'a. W przypadku grupek po ich przejściu rozległy się głośne szepty. W Akademii nic nie pozostawało długo tajemnicą, a przybycie Horace'a nie należało do najdyskretniejszych. Z pewnością wszyscy mieli już teorie, kim jest ten nowy oraz skąd zna Przewodniczkę Marinę.
- A ty jakiego masz smoka? - zapytał nagle chłopak, gdy niemal dochodzili do gabinetu Dyrektora.
Marina spojrzała na niego. 
- To smoczyca - odparła - Ogniolub skandynawski. Ma na imię Purpura. Jest piękna.
- Purpura? - Chłopak uśmiechnął się lekko.
Marina wywróciła oczami.
- Jeszcze jej nie widziałeś.
- Jesteśmy na miejscu - oznajmiła nagle mistrzyni Ceira.
Stali przed ogromnymi, dwuskrzydłowymi drzwiami, mogły mieć może pięć metrów, na których wyrzeźbiono bardzo realistycznie wyglądającego smoka - nie był to żaden konkretny gatunek, a jedynie jego typowe średniowieczne wyobrażenie. Nie umniejszało to jednak jego piękna, obecnego we wszystkim w Akademii, która ostatecznie założyły elfy, wyjątkowo miłujące piękno.
Mistrzyni ujęła jedną z mosiężnych kołat i zastukała równo trzy razy. Potem spojrzała na kuzynostwo.
- Wejdźcie sami, ja i mistrzyni Sora tu na was zaczekamy.
Marina skinęła głową i pociągnęła za sobą Horace'a przez lekko uchylone drzwi, które natychmiast się za nimi zamknęły.
Znaleźli się w gabinecie Dyrektora.
Pierwszym, co rzucało się w oczy była różnica między tym pomieszczeniem, a pokojem, w którym jeszcze niedawno przebywali. Gabinet Ceiry był uporządkowany, wszystko miało swoje miejsce. Z pewnością codziennie sprzątała go też służba.
Natomiast w gabinecie dyrektora panował istny chaos. Książki mieszały się na ziemi z dokumentami Akademii oraz najróżniejszymi antykami. Na ścianach wisiały średniowieczne arrasy, przedstawiające fantazyjne miejsca i zwierzęta. Stojące w rogu biurko wyglądało, jakby lada moment miało się rozpaść. Okna zasłonięto grubymi kotarami, praktycznie nieprzepuszczającymi światła, więc całe pomieszczenie tonęło w półmroku. Z wysokiego sufitu zwisał kryształowy żyrandol, jednak bardzo już zniszczony. Każdą powierzchnię pokrywała cienka warstwa kurzu. Pachniało starociami oraz potem. Było niezwykle duszno.
A pośrodku tego stał uśmiechnięty szeroko Dyrektor.
- Marina Thompson! - zawołał radośnie - Jak dawno cię nie widziałem! Kim jest twój towarzysz?
Marina również się uśmiechnęła.
- Witaj, Dyrektorze - przywitała się - To mój kuzyn, Horace. Dzisiaj został Wybrany.
Dyrektor przyjrzał się Horace'owi z zaciekawieniem. Był młodym mężczyzną, przed czterdziestką, o śniadej skórze i ciemnych gęstych włosach. Jego twarz pokrywał lekki zarost, a wokół czarnych oczu i na czole pojawiły się zmarszczki mimiczne od ciągłego uśmiechania. Był dobrze zbudowany, strój, który miał na sobie - bogatsza wersja tego, noszonego przez wszystkich mieszkańców Akademii - wyraźnie podkreślał mięśnie. Przy pasie wisiała jego ulubioną szpada.
- Nowy, tak? - upewnił się - Poczekajcie, już do was idę.
Z gracją zaczął przemieszczać się między przedmiotami ułożonymi w stosy, nawet na nie nie patrząc, jakby w głowie miał ich dokładną mapę. Horace spojrzał na Marinę unosząc pytająco brwi, ale ta tylko pokręciła głową.
Dyrektor w końcu stanął przed nimi. Z tej odległości dokładnie było widać, że jego złota kamizelka - podobna do tych, jakie nosili wszyscy w Akademii - jest poplamiona jakąś niezydentyfikowaną substancją, ale mężczyźnie najwyraźniej to zupełnie nie przeszkadzało.
Wyciągnął dłoń w stronę Horace'a.
- Miło mi cię poznać, Horace - przywitał się, gdy chłopak uscisnął jego dłoń - Od dawna nie mieliśmy nikogo Nowego. Jestem Tristan, Dyrektor Akademii. Jak sądzę rozmawialiście już z Ceirą?
Marina skinęła głową.
- Przyszliśmy tu od razu z jej gabinetu - wyjaśniła.
Dyrektor klasnął zadowolony w dłonie.
- Świetnie, więc mamy do załatwienia tylko formalności - Spojrzał na Horace'a - I jak się czujesz pierwszego dnia w Mieście?
Chłopak niepewnie wzruszył ramionami.
- Chyba dobrze. To trochę... dużo, jak na jeden dzień.
- Moim zdaniem bardzo dobrze to znosisz - stwierdził Tristan, ruszając między bibelotami do swojego biurka - Mieliśmy tu już ataki histerii, paniki... Twoja kuzynka przeżyła załamanie nerwowe.
Marina zarumieniła się wściekle, unikając wzroku kuzyna.
- Nie lubię o tym wspominać, Dyrektorze - mruknęła, ruszając za mężczyzną.
- Och, to przecież naturalne! - zawołał Tristan, przeszukując stos dokumentów. - Nie codziennie człowiek dowiaduje się przecież takich rzeczy!
Z triumfalnym okrzykiem wyłowił ze stosu opasłe tomiszcze, które z hukiem położył na biurko. Przewertował je, gestem pokazując dwójce nastolatków, by podejść bliżej.
- Jak rozumiem zdecydowałeś się z nami zostać? - upewnił się - Potrzebujemy twoich danych, żeby wpisać je do naszych ksiąg, a potem Marina zaprowadzi cię do kwater Nowicjuszy.
Horace przestąpił niepewnie z nogi na nogę.
- Jasne, nie ma... - Urwał na moment. - Chwila, czyli ja mam tu mieszkać?! 
- Oczywiście - odparł Tristan, wyraźnie zaskoczony - A gdzie indziej miałbyś się znajdować?
Chłopak przejechał sobie dłońmi po twarzy.
- Tak po prostu?! Przecież ja was ludzie ledwo znam! A zresztą, co z wujkiem, moją szkołą? Na pewno ktoś już zauważył, że mnie nie ma i zawiadomił policję!
- Spokojnie, chłopcze, tym także już się zajęliśmy, nie musisz się martwić - wyjaśnił dyrektor - Na wszystkie twoje pytania z chęcią odpowie Przewodnik, gdy jakiegoś ci przydzielimy.
- Kim jest Przewodnik?
- To starszy uczeń - powiedziała Marina - Może nim być ktokolwiek, ale najczęściej wybiera się kogoś, kto jest w Akademii już od jakiegoś czasu. O ile to możliwe, zgłaszam się na ochotniczkę, Dyrektorze.
- Nie, nie - zaprotestował mężczyzna - Już i tak masz dużo obowiązków, jako Opiekunka. Znajdziemy kogoś na twoje miejsce.
Horace pomasował sobie skronie.
- Za chwilę pęknie mi głowa - mruknął.
Został zignorowany zarówno przez Marinę, jak i Dyrektora.
- No dobrze, zajmijmy się na razie sprawami bieżącymi - powiedział Tristan, stukając w księgę - Twoje dane, chłopcze. 
Horace pokiwał głową.
- To znaczy imię, nazwisko, data urodzenia...? - upewnił się.
- Bez daty urodzenia - odparł dyrektor - To nie jest nam potrzebne. Za to musimy znać imię smoka, który cię Wybrał, oraz gdzie się znajdowałeś.
Marina lekko się spięła, a Horace popatrzył na mężczyznę niepewnie.
- Imię smoka? - zaśmiał się nerwowo. - Tak, co do tego...
- To był amerykański długopyski - wtrąciła szybko dziewczyna - Żaden ze smoków, żyjących na terenie Akademii.
Tristan wyglądał na naprawdę zaskoczonego.
- Amerykański... - Pokręcił głową z hukiem zamykając księgę. - Wiesz co, chłopcze, może przyjdź jutro, na pewno jesteś zmęczony i musisz sobie wszystko poukładać. Marino, zaprowadzisz kuzyna do jego pokoju, prawda? Świetnie! Lepiej już idźcie! Do zobaczenia! Miło było cię poznać, Horace.
Dyrektor niemal dosłownie wypchnął ich z gabinetu, zatrzaskując za nimi drzwi. Horace spojrzał zdziwiony na Marinę, jednak dziewczyna sama nie miała pojęcia, co to wszystko znaczy.
- Tak... - odchrząknęła - Chodź, pokażę ci drogę do twojego nowego pokoju. Tylko się nie zgub!
Ruszyła przed siebie, a Horace z wyraźnym ociąganiem powlókł się za nią.


Ciąg dalszy nastąpi...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz